Blog Roku 2010 w kategorii Kultura

Dodatkowe wyróżnienie pozakonkursowe

6 sty 2015

Sen Trzech Króli


Sen trzech króli -to chyba najpiękniejsze i najmniej oczywiste przedstawienie Trzech Króli jakie znam.
Jest niewielkie, zajmuje fragment kapitelu kolumny w katedrze w Autun.

Postaci wpisane są w dostępną przestrzeń, ścieśnione we wspólnym łożu. Dzielą wspólną narzutę. I wspólny los.

Samo Autun położone jest gdzieś pod sercem Francji, między Paryżem a Lyonem, na płaskim kawałku ziemi,  w złotym trójkącie sztuki średniowiecznej. W Burgundii i okolicach każde miasto, to wykuta w kamieniu historia Europy blisko tysiąc lat wstecz: to tam leży Sens, Beaune, Paray-le-Monial z ich wspaniałymi katedrami, klasztorami, kościołami.

Zwykle poznajemy ich podczas wędrówki, odzianych w ciężkie, zdobione stroje.  Połyskują atlasy, purpury układają się w miękkie draperie. Bogato wyszywane płaszcze opadają im z ramion, trzewiki grzęzną w miękkiej ziemi. Ida w orszaku, z dromaderami, spoglądając w niebo. Albo klęczą już w stajence, ze złotem, kadziłem, mirrą...

A tutaj - trzej królowie nadzy, w łóżku.

A gdyby tak patrzeć na tę rzeźbę oczyma współczesnymi, zdejmując patynę blisko dziewięciu wieków, które minęły od czasu, gdy w kamieniu wykuwała je nieomylna ręka Gislebertusa, bodaj najwybitniejszego rzeźbiarza swoich czasów?
To średniowieczne przedstawienie, w sumie tak odrealnione, mogłoby być współcześnie "memem". To przepiękna rzeźba, a sztuka średniowiecza, z jej skłonnością do syntezy  wspaniale poddaje się współczesnemu spojrzeniu.

Włożona jest w rygor architektury, jako jedna z wielu wypełniających dostępne kapitele i prowadzących wiernych w narracji katedralnej Biblii Pauperum.

Trzej Królowie leżą pod wspólną narzutą. Prawie nadzy. Zdradza to odkryta ręka jednego z nich. Gdzie te wszystkie altembasy, adamaszki, brokaty?  Króla przecież najlepiej rozpoznać po wizerunku, poza tym wiemy dobrze, że nic nie różni jego królewskiej mości od pierwszego z rzędu poddanego.

Skąd taka[i] licencia poetica[/i] burgundzkiego rzeźbiarza? Oczywiście królowie leżą bez podtekstów, ale czemu Gislebertus królów rozebrał i położył obok siebie?  Może to dlatego, że trudno o inną sytuację, gdy tak doskonale  jak we śnie realizuje się postulat równości? Na jawie nikt nie jest w pełni równy.
W snach każdemu może przydarzyć się to samo, niezależnie czy jest królem czy żebrakiem.

Jedynie korony nałożone na głowy królów pozwalają ich zidentyfikować. Chyba nic wygodniejszego niż sen w koronie. Trzy diademy na wspólnej poduszce. Nie ma zatem wątpliwości, kim są ci panowie, którzy najpewniej w wędrówce dzielą wspólne łoże i wspólny los.

Dwóch królów śpi na razie spokojnym snem. Ułożeni w niewielkiej przestrzeni, w łożu wkomponowanym w powierzchnię kapitelu. Przytuleni policzkami, bardzo blisko, ale naturalnie ich sen jest niewinny. Braterstwo we śnie, który w tym wypadku, za sprawą objawiającego się anioła nadaje im wspólnotę dziejów.

Jest metafizycznie.

Mam wrażenie, że wszystkie biblijne anioły unikały cielesnego kontaktu. Bezdotykowo zsyłały myśli i inspiracje, które złotą nicią trafiały do serc i umysłów nawiedzonych. Wszystko działo się zdalnie, bo anioły nie dotykały swoich bohaterów.

Nie znam się na ceremoniałach, ale coś mi mówi, że królowie byli najmniej "fizycznymi" postaciami na świecie. Króla raczej nie można było tak po prostu dotknąć. Tymczasem tu noc trzeciego z królów przerywa anioł, który dosłownie wkracza w realną sferę. Po prostu delikatnie dotyka palcem królewskiej dłoni. W przepięknym geście. Oczy króla szeroko otwarte. Może to demon bezsenności, może jasna księżycowa noc, która temu jednemu nie pozwala spać kamiennym snem. Nie patrzy jeszcze tam, gdzie powinien- na wskazywaną przez anioła gwiazdę. Może on, zbudzony tym nieziemskim dotknięciem  widzi na jawie to, o czym śnią dwaj pozostali?
Bo choć najwyraźniej przesłania tego doświadczają w różny sposób, ich udział w historii będzie jednakowy.

Królowie postawieni są wobec konkretnego zadania - iść, oddać pokłon, a potem, broń Boże, nie wracać tą samą drogą, by nie zdradzić Herodowi  miejsca narodzin Jezusa.

Mają dodać bogatego sznytu wydarzeniom ze skromnej stajenki. Nadać im stosowną rangę.

Dlatego chyba tutaj występują jako królowie, a nie magowie czy astronomowie, jak mówiła Ewangelia według św. Mateusza.  W średniowieczu z pewnością był to kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo natomiast to piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Królów było najważniejsze: pokłonienie się Dzieciątku, rezygnacji ze swojej wyższości. Może dlatego są nadzy?

Jakie to ponadczasowe - odniesienie do osób, które swoją obecnością mają świadczyć o znaczeniu. Oto słynne persony pojawią się wkrótce przy żłóbku. Ale zwykle takie osobowości nikną w mrokach dziejów, tymczasem królowie wędrujący za gwiazdą ku jakiejś opuszczonej grocie pod Betlejem wykuli swoje miejsce w historii.

Miejsce w historii sztuki wykuł im także mistrz Gislebertus, w Autun. W dziele tajemniczym, pięknym i inspirującym.

Postscriptum
W średniowieczu motyw Trzech Króli niósł oczywiście kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo to także piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Króli było najważniejsze: poddanie się, rezygnacja ze swojej wyższości, zejście na ziemię.
Może dlatego poza koronami pozbawieni są wyznaczników swego królewskiego statusu?

31 gru 2014

Singing in the rain: szczęśliwego nowego roku!


2014...
Rok długi i pełen wydarzeń. Dobrych i złych. Wesołych i smutnych.

Życie jest drogą, a w takim momencie dobrze zobaczyć, że nie chodziło się w kółko, na spacerniaku wśród znanych motywów.

Dla mnie ten rok był odkrywczy. Obfitował w poznawanie ludzi, poznawanie miejsc, poznawanie siebie. Swoich możliwości i ( Bogu dzięki!) ograniczeń.

Pod wieloma względami to był zły rok:  kryzys na Ukrainie, powstanie ISIS w Syrii i Iraku...Bombardowania w Palestynie, znikające samoloty, barbarzyństwo separatystów i ekstremistów...Przesuwającą się skala okrucieństwa.
To wszystko nadwyrężało wiarę w ludzi jako gatunek przyzwoity.

Ale kiedy pod koniec roku widziałam film Interstellar, w scenie pokazującej astronautów w przestrzeni kosmicznej zdałam sobie sprawę, jak dobrze, że ziemia to planeta ludzi.
Planeta wspaniałych ludzi, których udało mi się poznać, czasem lepiej poznać. Zobaczyć w tak wielu osobach niezwykłe światełko- przyznaję, że tego ciągle szukałam: ich pasji, fascynacji, zainteresowań.

Poznałam też ludzi różnych narodowości i wyznań. Włochów, Ukraińców i Rosjan. Ateistów, Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów.

Te znajomości w mojej niewielkiej skali zszywają planetę lepiej, złotą nicią ciekawości, przyjaźni i szacunku. Chyba tego nam trzeba, wobec tegorocznych wydarzeń.

To był pod tym względem dobry rok.
Choć czasem słońce, czasem deszcz :).
A oto czego WAM życzę w NOWYM ROKU: śpiewajcie w deszczu!





Justyna Napiórkowska
www.osztuce.blogspot.com

8 lis 2014

Gwieździste niebo van Gogha i Matisse`a



Gwieździste noce na południu Francji muszą być wyjątkowe. Gwieździstą noc namalował w Saint-Rémy w 1889 roku targany wielkimi emocjami Vincent Van Gogh. Był wówczas na skraju szaleństwa. Wbrew pozorom nie był aż takim straceńcem. Pragnął prawdziwej sztuki i radosnego życia; marzył o szczęściu na południu, w słonecznej kolonii artystycznej, wśród malarzy. A tymczasem wpadał w poczucie zagubienia i bezradności. Jedyna nadzieja na wybawienie- malarstwo.

Gwieździste niebo malował z pamięci, z wyobraźni, być może w maleńkim pokoiku w szpitalu w Saint-Rémy. Chciał stworzyć naturę "bardziej wzniosłą i pocieszającą", pisał o tym w listach do przyjaciela, Emila Bernarda. Malował w tych ostatnich latach szaleńczo, frenetycznie, szybko. To niebo, tak obsesyjnie domagające się obrazu było już wtedy w nim, w jego głowie, w oczach, pod powiekami. Nad uśpionym pejzażem miasteczka, gdzie cyprysy sięgają gwiazd.

Wśród jasnych gwiazd na kobaltowym niebie umieścił także swojego Ikara w grafice z 1942 roku Henri Matisse.
Kolaże Matisse`a wydają się tak radosne, pełne witalnej siły. A tymczasem artysta od roku nie mógł pracować przy sztalugach. W wyniku operacji musiał poruszać się na wózku. Wydawało się, że Ikar już się nie uniesie. Ale potrzeba tworzenia u Matisse`a była silniejsza.
Jego upadek Ikara pozbawiony jest grawitacji. Jasne ciało zanurzone jest w olśniewającym pięknie gwieździstego nieba, zatrzymane w bezruchu nad wodą, zanim uderzy w jej taflę. Wycinając z kolorowych kartek Ikara unieruchomiony Matisse był jak Herakles, prawie niepokonany.

Czy coś łączy te prace?
Może temat: małość człowieka wobec potęgi Absolutu? Nieporadność wobec losu? Śmieszność ludzkich marzeń?
A może to po prostu to opowieści o ludzkiej tęsknocie za niebem i świadectwa nieogarnionej pasji tworzenia?

Vincent van Gogh, Gwieździsta noc, MoMA, Nowy Jork
Henri Matisse, Jazz ( Ikar), Muzeum Matisse`a, Nicea 

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com



6 paź 2014

Igor Mitoraj ( 1944-2014)


W Paryżu zmarł Wielki Artysta polskiego pochodzenia, Igor Mitoraj.
Jego sztuka łączyła szacunek dla tradycji antycznych ze współczesnym ujęciem.

Nie bał się inspiracji kulturą antyczną, wierząc, że Grecja i Rzym stanowią źródło niewyczerpane. Źródło wiedzy o człowieku, o jego wielkości, ale i słabości. O fizycznym pięknie.
To wszystko znajdowało wyraz w pracach artysty.


Mitoraj tworzył na przekór modom, wbrew tendencjom, konsekwentnie.
Kontynuował swój artystyczny zamysł, z którego wyłaniała się zarazem humanistyczna wiara w moc człowieka, jak i pokora w obliczu ludzkiej słabości.

Doskonałość u Mitoraja nosiła skazę. Piękne sylwety postaci zaczerpniętych z mitologii zawsze znaczone były jakąś rysą.
Ten znak niedoskonałości, to pękniecie tworzyło do piękna dystans. Objawiało się jak widmo  ciążącej na człowieku fizyczności, za którą- po drugiej stronie piękna ukazywał się także ból. Objawiała kruchość.

Pamiętam ogród w domu Mitoraja, we włoskiej Pietrasanta, gdzie wśród gęstej zieleni ustawione były rzeźby Artysty. Wśród wzgórz, których największym bogactwem jest biały jak śnieg, karraryjski marmur. Materiał wybrany, w którym obok brązu materializowały się wizje Mitoraja.  Pietrasanta. Pietra santa.  Święty kamień.

Pamiętam dumę i radość jaką odczuwałam, widząc prace Mitoraja w paryskiej La Défense.  Wspaniałe brązowe drzwi Mitoraja prowadzą do rzymskiego kościoła Santa Maria degli Angeli e dei Martiri. Tego samego, który powstał na antycznych ruinach term. Tego samego, który został przebudowany przez Michała Anioła.  W Warszawie artysta zrealizował drzwi do kościoła jezuitów na Starym Mieście. Jest rzeźba w Krakowie, co prawda trochę niefortunnie ustawiona, ale piękna. Wspaniała rzeźba znajduje się także w Palermo, przy lotnisku. Za nią rozpościera się błękit morza tyrreńskiego.  Rzeźby artysty pokazywano w Lozannie i w Syrakuzach, bezpośrednio konfrontując je z antyczną przeszłością.

Dzisiejsza wiadomość jest bardzo smutna.
Odeszła Wielka Postać. Pozostały wspaniałe dzieła.


Justyna Napiórkowska
 www.osztuce.blogspot.com


16 wrz 2014

El Greco w Warszawie


Na Zamku Królewskim w Warszawie pokazywany jest obraz El Greca. Jedyny w polskiej kolekcji.* Odkryty przypadkiem, w 1964 roku. Przez jakiś czas pokutował na plebanii kościoła w Kosowie Lackim jako dzieło artysty nieznanego. Przykryte warstwą kurzu. Z pożółkłymi werniksami. Z rozdartym fragmentem płótna. Kolejno odsłaniane warstwy kruszyły opinie tych, którzy twierdzili, że to nie może być prawdziwy El Greco. Aż pod późną, niewłaściwą sygnaturą Antona van Dycka odkryto fragment greckiego podpisu mistrza z Krety.

Wczoraj stanęłam naprzeciw tego arcydzieła. Na Zamku Królewskim w Warszawie, świetnie doświetlony obraz w pięknej, prostej oprawie  będzie pokazywany do 31 października.*

Przedstawia świętego Franciszka. Powiedzieć tylko tyle, to  jednak tak jakby stwierdzić, że Guernica jest widokiem z pola walki, gdzie kurze już opadły. A ona jest przecież hukiem bomb, strachem, rozpaczą. Bezpośrednim świadectwem z wojennego frontu.  

Święty Franciszek zwykle jest zamknięty w kadrze historii, na tyle dalekiej, że staje się jakimś rozanielonym wrażliwcem spoglądającym w górę, pod łagodną chmurką. Zintegrowany z niebem. Jedną nogą w raju. 

Inaczej u El Greca. Niebo i ziemia są tu oddzielone.  
W pierwszym planie Franciszek. Poszarpane chmury w tle są jak jakaś potworna czaszka; wizja raczej z koszmaru, a nie wypisywanej złotą czcionką hagiografii. To dramatyczne tło bardziej biednego Franciszka wchłania, niż otula. Wciąga w niepokojące wiry nieba.  

Franciszek ma łzy w oczach. Trzeba stanąć przez obrazem, żeby je dobrze zobaczyć. Dłonie o tych tak cudownie szczupłych palcach rozłożone. W geście pokory? A może zdziwienia? Albo negocjacji z niebem?  
Sączą się z nich krople krwi. 

Krew i łzy. Taki jest ten święty Franciszek wg El Greca. Zanurzony w swoim dramacie. Prawdziwy. Skupiony, poważny. 
Skierowany na swoją osobistą historię, a nie na widza, stojącego przed obrazem. Widza mogłoby nie być. 

Na jego dłoniach pojawiły się stygmaty, a on wyjaśnienia szuka gdzieś w niebie. 

Dzieło przekonywujące, wielkiej wiary i ogromnego talentu. 

Taki obraz mógł być owocem kontrreformacyjnej gorączki. Był dziełem artysty, który przeszedł tak długą drogę, od swej rodzimej Kandii,  od malowniczego Fodele na Krecie, gdzie był malarzem ikon, wpisanym w tradycję i rygor tego fachu. Bez odstępstw. El Greco, Domenikos Theotokopoulos. Artysta, który przejechał pół Europy,  objawiając swoją osobowość i  odrębną, malarską wizję. Wyzwalając się z bizantyjskich tradycji malarskich w drodze z Krety do Wenecji, Rzymu, a potem do Toledo.

Wielki mistrz malarstwa światowego.  
         
PS

Tego lata byłam na Krecie. Od początku jednym z celów podróży był El Greco. Jego sztuka, ale jeszcze bardziej- jego historia. Chciałam zobaczyć jego dom. Miejsce, gdzie się urodził. Co go kształtowało. 

Oto notatki z tego wyjazdu: 

Fodele ułożone jest jak wśród draperii wzgórz. Miękko, aksamitnie układają się dookoła, odgradzając je od linii wybrzeża.
Wikipedia poświęca miasteczku zaledwie kilka zdań. Więcej powiedział pan J., właściciel hotelu, w którym się zatrzymałam.  To właśnie tu urodził się Domenikos Theotokopoulos. W tym odgrodzonym od morza zakątku, gdzie wieczór jest tak niesamowity. 

Do Fodele wiedzie serpentyna dróg wykutych na skalnych półkach. Jadę nie myśląc o czasie, ale przecież rozsądek mówi, że wieczorem mogą spotkać mnie zamknięte drzwi. Jak w Iraklionie. Rok El Greca Rokiem El Greca, ale w niedzielę muzeum nieczynne. Byłam uzbrojona w kontynentalne nawyki, pół Francji przecież debatuje właśnie czy najważniejsze muzea nie powinny być otwarte przez siedem, a nie jak dotąd sześć dni w tygodniu.  Muzeum w Heraklionie było zamknięte.

W Fodele pół miasta skierowane jest na El Greca, drugie pół- zapomniało o przeszłości i żyje własnym życiem, jak setki wiosek. Im bliżej jestem domu El Greca, tym robi się puściej. Prowadzi tam drożynka, zawieszona jak nitka pajęczyny wśród oliwnych gajów i rozrzuconych domostw. Nad tarasami, wśród gęstwin winorośli zwisają kiści winogron.  

Do domu El Greca docieram chwilę po 19. Urządzono tam muzeum. Potężne klucze, którymi dzwoni kasjer, strażnik i kustosz w jednej osobie wskazują, że cennych artefaktów tam raczej nie zobaczę. Wiadomo, nie ma na miejscu obrazów. Na Krecie zwykle można zobaczyć bodaj tylko jeden jego obraz. Może gdzieś jeszcze w kościołach są anonimowe ikony, które tworzył w młodości. 

Mimo wszystko bardzo chciałam tu być.  Poczuć chłód małego, kamiennego domu, w którym być może wychowywał się czterysta pięćdziesiąt lat temu artysta. Popatrzeć przez okno na wzgórza.  

Zagaduję do strażnika. Po chwili – jesteśmy na ty. Dimitris zapala wszystkie światła. W ostatniej, maleńkiej izbie domu El Greca stoi sztaluga. Na stole- rozsypane są pigmenty. Wśród nich, w ciemności majaczy przepiękny kolor  lapis lazuri. 

El Greco miał zostać wielkim kolorystą, gdy opóźnił Kandię, wyjechał do Wenecji a stamtąd przez Rzym do Toledo. 

Fodele zostało krainą dzieciństwa, świadkiem młodości. 
Zastygłą w sennym bezruchu arkadią. Piękną i niezmienioną.

Postscriptum.
Na marginesie, bardzo ciekawa była historia odkrycia i rozpoznania tego obrazu. Z udziałem Juliusza A. Chrościckiego, który jako młody chłopiec widział podejrzanie dobry obraz na plebanii w Kosowie, a potem Izabeli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej, które po inwentaryzacji przeprowadzonej w Kosowie opublikowały artykuł o nieznanym obrazie w Biuletynie Historii Sztuki w 1966 roku, przypisując go El Greco. Wywołało to debatę, w której sławy takie jak prof. Białostocki opowiadały się przeciw nowej atrybucji. 
Nie wiadomo, skąd obraz wziął się na ziemiach polskich, dlaczego podpisany był nazwiskiem flamandzkiego malarza, Antona van Dycka. Wiemy natomiast, że w 1927 roku został zakupiony w domu aukcyjnym przy ulicy Brackiej w Warszawie, a na stałe można go podziwiać w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. 

* Potem obraz wróci do Muzeum Diecezjalnego w Siedlcach, gdzie podziwiać go można w nowej, ciekawej oprawie. W siedleckim Muzeum Diecezjalnym pokazywana będzie także wystawa poświęcona artystom czasów El Greco. 

24 maj 2014

Pejzaż z widokiem na wieczność. Profesor Tadeusz Dominik.

20 maja 2014 roku w wieku 86 lat zmarł wybitny malarz, profesor Tadeusz Dominik. 

Był wieloletnim profesorem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, kolorystą. Wystawiał na Biennale w Wenecji. W Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W Albertinie w Wiedniu. Zdecydowanie, światowa ranga. 

Był prawdziwym malarzem. Artystą, który "patrzył obrazem". 

Tadeusz Dominik, Ogród, Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej


W dojrzałej Jego twórczości głównym i właściwie jedynym motywem była przyroda. Czerpał z natury inspirację, poszukując swojej własnej jej interpretacji. Syntetycznej. Nasyconej świetlną energią. Pełnej barw. 

Jego obrazów nie można analizować. Trzeba im się poddać, poddać mocy kolorów, kompozycji, faktur. Zanurzyć w kolorystyczny kosmos.

O śmierci profesora dowiedziałam się wczoraj wieczorem, na warszawskim lotnisku Chopina. Po chwili, gdy samolot się wzniósł zostałam z tą smutną myślą, patrząc z góry na pola i łąki, z okna samolotu nabierające wytrawnej, abstrakcyjnej formy. Jak w malarstwie Dominika, gdzie odrzucane było zbędne i zostawało tylko to, co nieodzowne. 

Sztuka to umiejętność rezygnacji, po to by w pełni określić siebie. 

Wspomniałam usłyszaną od profesora niedawno wspaniałą opowieść o śnie artysty sprzed lat. Tadeusz Dominik, wtedy jeszcze jako student malarstwa śnił, że był jednym z pomocników w pracowni Rembrandta. Śmiały sen. Towarzyszyła wtedy temu zabawna anegdota. 

Ale wniosek był także inny- do jakiego stopnia malarstwo było całym życiem Tadeusza Dominika. Dowiódł tego także w ostatnim okresie twórczości, gdy mimo odchodzących sił- pragnął malować. I malował.

O Dominiku pisał w 1960 roku Herbert, cytując znajomego. "Po prostu dobry, autentyczny malarz." 

Było zaszczytem móc spotykać Mistrza i pokazywać Jego prace.

Wspomnienie spotkania w pracowni Malarza. 
Profesor Tadeusz Dominik i Justyna Napiórkowska.


Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

17 maj 2014

Janusz Stanny


Tę notatkę można byłoby zacząć po prostu od informacji, że w noc muzeów pokazujemy  prace profesora Janusza Stannego. Mogłabym napisać, że zaprezentujemy prace mistrza ilustracji książkowej. Twórcy, który wykorzystał wszystkie atuty podległej literaturze ilustracji książkowej, a jednocześnie nie wpadł w jej pułapki. Artysty, który swoimi pracami wychował pokolenie czytelników.

Albo krócej- pokażemy Mistrza. Tak jest.
Ale napiszę bardziej osobiście, bo okoliczności tej wystawy były bardzo szczególne.

Nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie prace Janusza Stannego mają tę niebywałą moc, która przekracza ramy czasu. To dzieła mistrza wyobraźni. Skłonnego do  groteski. Opowiadającego literaturę na swój własny sposób. Czasem z przymrużeniem oka. A czasem mrugając okiem do czytelnika.

Jego prace z ponad sześćdziesięcioletniej kariery nie nabierają dla mnie wieku. Są ciągle młode. Przeszyte literacką wyobraźnią Mistrza. Gogolowskim dystansem. Przewrotnością. Żartem.

Pomysł tej wystawy był od dawna zawieszony w powietrzu, oczekiwany, lecz nie konkretny. Odkładany na właściwy moment, żeby dobrze się przygotować, żeby stworzyć spójną wizję. Niektóre sprawy mają taki nieokreślony bieg, mimo wielkiej woli by doszły do skutku. Kiedy 13 lutego tego roku dowiedziałam się o śmierci Artysty, pozostało pomyśleć- spóźniliśmy się. Bo tak po prostu było.

Ale kiedy chwilę potem zdarzyło się kilka okoliczności tak sprawnie rozłożonych w czasie, że nie pozwalały wierzyć, że są przypadkowe, pomyślałam, że niektóre spóźnienia nabierają czasem przewrotnie sensu. Uczą nas czasem dystansu, czasem pokory, a czasem otwartości.

Cieszę się bardzo, że ta wystawa dochodzi do skutku, tak spontaniczna i dość niespodziewana. Zapraszam serdecznie na spotkanie z twórczością profesora Janusza Stannego!


Janusz Stanny
in memoriam

Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej
Świętokrzyska 32 Warszawa


17 maja 2014
godz. 19:00 – 24:00
wernisaż o 20.30
wystawa potrwa do 2 czerwca 2014

PS W Noc Muzeów [url=http://napiorkowska.pl]pokazujemy także[/url] w Warszawie Edwarda Dwurnika i w Poznaniu Bohdana Butenkę.


Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

26 kwi 2014

Sztuka polska na OFF Contemporary Art Fair


Od wczoraj w Brukseli trwają targi sztuki OFF Contemporary Art Fair.

Targi to szczególne wydarzenie. Na wczorajszym wernisażu były tłumy. Kolekcjonerzy, marszandzi, artyści. Publiczność, dla której takie wydarzenia jak to, są prawdziwym świętem sztuki. Okazją do zobaczenia w jednym miejscu i w jednym czasie setek projektów, dzieł, artystów. Przegląd, konfrontacja. Czas odkryć. Czas poszerzania horyzontów.

Przy tej okazji postanowiliśmy pokazać kilku polskich artystów.

Współcześnie w sumie nie ma potrzeby o mówieniu o sztuce polskiej, włoskiej czy francuskiej. Oczywiście, że istnieją pewne "narodowe" wyróżniki, ale sztuka staje się szczególnie uniwersalna.

My* jednak zdecydowaliśmy się odrobinę na przekór na prezentację pod wspólnym hasłem "polska sztuka". Polska sztuka od wielu dekad doświadcza ( coraz mniejszego) deficytu obecności w świecie.

Pojawiają się nowe awangardy. Artyści młodego pokolenia często nie znają granic. Nowa generacja nie musi już podpisywać się swoją narodowością. Świat należy do nich. Tak się dzieje w przypadku młodych artystów urodzonych w latach 80., 90.

Postanowiliśmy pokazać m.in. artystów, którzy w swojej pracy bywali mocno zdeterminowani "geografią" i "czasem". Artystów, na których biografiach historia zostawiła mocny ślad. Artystów, którzy w świecie odnieśli na przestrzeni lat ogromny sukces. Pokazujemy prace Magdaleny Abakanowicz, Edwarda Dwurnika, Eugeniusza Markowskiego, Józefa Szajny, Leszka Rózgi, Romana Opałki. Pokolenie herosów sztuki polskiej. W tym także niejednokrotnie ludzi o niebywałych biografiach. Ludzi, których życie i sztuka prawdziwie się przenikają. W których życie jest odpowiedzią na sztukę i vice versa. To artyści, którzy pokazywali swoje prace na Biennale w Wenecji, na Documenta w Kassel, na Biennale w Sao Paolo. Świat sztuki ich pamięta.

Są pokoleniem świadków i komentatorów. Ich sztuka mówi także sporo o czasach, w których przyszło im tworzyć.
Lekcja sztuki, lekcja historii.





OFF Contemporary Art Fair 2014
25-28 kwietnia 2014, Bruksela
www.galeriemontdesarts.com


Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

17 kwi 2014

Przerwany sen w Ogrójcu


22 kwietnia 1468 roku krakowski malarz Mikołaj Haberschrack zobowiązał się kontraktem do namalowania w ciągu zaledwie kilku miesięcy poliptyku do kościoła augustianów w podkrakowskim Kazimierzu.

Współcześnie w krakowskim Muzeum Narodowym, w Pałacu Erazma Ciołka zachowanych jest 13 (i pół*) kwater z tego dawnego ołtarza głównego z augustiańskiego kościoła.

To jeden z pierwszych znanych małopolskich poliptyków. Nie dość że pierwszy, to wyjątkowo piękny.

Jedna z najpiękniejszych scen poliptyku augustiańskiego jest nokturnem.

Pod gwieździstym niebem modlącemu się Chrystusowi towarzyszą uczniowie- Piotr, Jakub i Jan. Niecierpliwi. Niewytrwali.
Dla uczniów to scena snu. W czynach ich zapał zgasł tego wieczoru szybciej. Po prostu "duch ochoczy, ale ciało słabe", jak pisze ewangelista Marek. Bohaterowie są zmęczeni. Jacy oni ludzcy. Śpią na siedząco, na kamieniach. Duch bardzo ochoczy musiał być. Ciało bardzo słabe.

Dla Jezusa to czas medytacji. Czas rozmowy w Bogiem. Pytania czy da radę. A nawet prośby o oddalenie "tego kielicha", o czym pisze ewangelista.

Tymczasem "ten kielich" chyba nieprzypadkowo ustawiony jest u Haberschracka w centrum kompozycji, na skale pomiędzy modlącym się Jezusem, a tłumem zagęszczonym w górze sceny. W ciemne niebo wyrasta las ostrych lanc.


Za wiklinowymi przepierzeniami, u góry już czai się następny rozdział tej historii. Jest tłumnie i nerwowo. Jak przed filmowym klapsem, statyści czekają. Zaraz wszystko będzie działo się bardzo szybko.

Judasz już wskazuje palcem. Rzymscy żołnierze zwierają szeregi, żeby pojmać wskazanego. Może będzie uciekał, może będzie walczył? Niewiele wiedzą. Niewiele rozumieją. Robią swoje.

Najpierw ten pocałunek.
Potem poruszenie i harmider.

Zaraz zatopionych w cichym letargu uczniów obudzą nagłe okrzyki. Judasz pewnie będzie uciekał ze wzrokiem. Zerwany ze snu Piotr uderzy ściskanym w dłoni mieczem w głowę Malchosa, ucinając mu ucho.

Tylko Jezus zachowa się tak, jakby nadal się modlił. Pokornie i bez protestu.

Piękna scena cichej nocy, którą przerwie nagłe wydarzenie. Jak przed 33 laty, kiedy ta historia Jezusa zaczynała się w betlejemskiej szopce pod równie jasnymi gwiazdami.

Piękna scena przerwanego snu w Ogrójcu. Tak dużo w niej o człowieku.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

8 kwi 2014

Ponowne narodziny Wenus


8 kwietnia 1820 na wyspie Melos na Cykladach pracujący w polu niedaleko współczesnej wioski Tripiti rolnik znalazł fragmenty rzeźby z jasnego, paryjskiego marmuru.

Rzeźba przedstawiała półnagą kobietę. Twarz zwrócona w bok, sylwetka w kontrapoście, noga lekko zgięta. Szata opadająca z bioder oddawała dokładnie linię kobiecego ciała. Pierwotnie w dłoni najpewniej jabłko.

Afrodyta z kamienia sprzed ponad 2000 lat.

Kupił ją przedstawiciel francuskiego ambasadora. Zanim Afrodyta trafiła do Francji i zaczęto nazywać ją Wenus, statek, na którym płynęła roztrzaskał się na skałach.

Raz już wyjęto ją z ziemi, potem jeszcze wyłowiono ją z lazurowych wód morza Egejskiego.

Ponowne narodziny Wenus.

Wyglądała wtedy jak teraz, w Luwrze. Zachwycające, kruche piękno. Bez rąk, niedoskonała, ale i tak uznawana jest za najwspanialszą rzeźbę wszech czasów.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

Rafael Santi


6 kwietnia 1520 roku przypadał Wielki Piątek. Tego dnia w swoim domu, po dniu spędzonym w malignie zmarł młody, uwielbiany malarz Rafael Santi.

Rafaello urodził się także w Wielki Piątek, być może także 6 kwietnia, zaledwie 37 lat wcześniej. Jak pisał Vasari, przyszedł na świat o 3 w nocy, w domu malarza Giovanniego i córki kupca, Marii. W przepięknym, zawieszonym na skale wśród gór włoskim Urbino.

W 1520 roku, po śmierci malarza w pracowni Rafaela został podobno obraz, który można uznać za jeden z najpiękniejszych kobiecych portretów w historii malarstwa. La Fornarina - portret Marguerity Luti.

Marguerita była córką piekarza, rzymskiego fornaio z ubogiej dzielnicy Trastevere. Musiała być wyjątkowa. Zachwyciła księcia malarzy, dystyngowanego i bardzo cenionego Rafaela. Artystę z dworów możnych, malarza ze stanz papieskich. Ciemnooka Marguerita, dziewczyna z ludu.

Taki portret musiał wymagać dużo odwagi. Fornarina jest naga. Jej piersi nie zasłania muślinowa woalka. Jej policzki są różowe. Oczy błyszczące. Dłonie zmysłowo ułożone. Nie ma wątpliwości, jakie uczucia ich łączą. Malarz w tle umieścił krzew mirtu, rośliny poświęconej bogini miłości, Wenus. Ten portret to hymn dla miłości.

Fornarina jest piękna i młoda. Prawdopodobnie bardzo zakochana w zdolnym i uwielbianym malarzu. Może nieśmiała, a może prowokująca. I trawiona chorobą. Na jej piersi rozpoznać podobno można znaki guza.

To dyskretny, cichy znak, który lekko narusza tę intymną atmosferę na obrazie. Drobiazg, który burzy grę zmysłów między malarzem i jego modelką.

Znak przemijania, cień rzucony na piękno.

To jednak okazało się wieczne. Dziś można spojrzeć w twarz Fornariny w Palazzo Barberini w Rzymie. W jasnej sali. Bez tłumów. W muzealnej ciszy.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury

2 kwi 2014

Watykan, 2 kwietnia 2005

2 kwietnia.
To już 9. rocznica śmierci Jana Pawła II.
Minęło wiele lat- ale wciąż dobrze pamiętam ten wiosenny dzień.
Zwłaszcza dlatego, że byłam wtedy w Rzymie.
I tak jak wiele osób- bardzo te wydarzenia przeżywałam.
Dziś wracam do do tamtych chwil.



Watykan, 2 kwietnia 2005
Rzym, wiosna w rozkwicie. Drugi dzień kwietnia. Przyjechałam wczoraj wieczorem. Miał to być weekend w Wiecznym Mieście- spotkanie ze znajomymi, spacery, obecność w Watykanie.  Kolejny raz syndromem Stendhala zareagowałam na wystawność barokowych kościołów, znów zachwyciłam się marmurem Panteonu, posłuchałam gwaru przy Fontanna di Trevi. Spacerowałam wąskimi ulicami wśród spalonych słońcem murów.W głębi serca jednak myśl o Papieżu była najważniejsza. 

Piję kawę, czytam La Repubblica. Moi sąsiedzi, gdy widzą o czym czytam, ze zrozumieniem i smutkiem kiwają głowami. Barista zagaduje: sei Polacca? I ze smutkiem spogląda na zdjęcie pochylonego Papieża. Wymieniamy kilka słów. W gazecie kalendarium życia. Dziennikarze, eksperci, znawcy Watykanu i kardiolodzy już spinają czasową klamrą biografię Karola Wojtyły, coraz bardziej precyzyjną datą wyznaczają kres Jego życia. Wszystkie gazety piszą o tym jak bardzo Papież jest już słaby.

Jestem prawie rówieśniczką pontyfikatu, papież Jan Paweł II był zawsze kiedy ja byłam, niemożliwe, że w pewnym momencie Jego nie będzie. Wyobrażam sobie, że w niedzielę stanę na Placu Świętego Piotra i razem ze zgromadzonym tłumem będę uczestniczyć w tym, co media później określą nowym cudem Jana Pawła II:  papież stanie w trzecim od lewej oknie, nad purpurą aksamitu, uśmiechnie się bez słów rozgrzewając swoim ciepłem wszystkich. Ktoś z boku powie: „ach ten Papież, znowu z nas zażartował, znowu pokonał chorobę, znów nas zaskoczył…”

Myślę, że wrócę taka sama jak wyjechałam dwa dni temu z Polski.

Gdy idę via della Conciliazione, mijam jak w peletonie dziesiątki kamerzystów. Las kamer piętrzy się na zamknięciu arterii w kierunku owalu Placu Świętego Piotra. Przychodzi szybka myśl:  ci wszyscy dziennikarze, wyjątkowo skupieni, przybyli tu po to, by przekazać światu wiadomość. Tę wiadomość, która była najbardziej niedopuszczalna,  zupełnie niewyobrażalna. Odruchowo zakrywam oczy ciemnymi okularami, bo czuję, jak łzy napływają do oczu. Co się ze mną dzieje? Podbiega do mnie młoda Włoszka, wystawia do mnie mikrofon, zza kamery nawet nie widać kamerzysty. „Cosa senti?-Co czujesz”, pyta, „Jak myślisz, jak się czuje Papież?”, indaguje. Próbuję złapać powietrze, chcę odpowiedzieć. Kapituluję wobec dławiącego płaczu, teraz już czuję jak łzy płyną po policzkach. Dziewczyna powtarza swoje pytanie, trochę agresywnie: „Co czujesz”! Co czuję? Nie wiem… Poddaję się. Bez słowa odchodzę. Ktoś mnie obejmuje. Po chwili  kolumnada Berniniego wita mnie otwartymi ramionami. Tu panuje skupienie, cisza,  a może harmonijny szept tłumu.

Siadam na kamiennych posadzkach– wokół pielgrzymi, Rzymianie i podróżnicy. Niektórzy się modlą, inni śpiewają, jeszcze inni rozglądają dookoła.

Czas mija, niemierzony.

Wieczorem cały plac zapełnia się grupami wyciszonych Rzymian.

Dziwne, jak blisko siebie są dwa światy. Dzieli je rzeka. Przejście przez most na Tybrze, z gwarnego Rzymu do Stolicy Apostolskiej jest przejściem do innej rzeczywistości. Rzym zdawał się żyć swoim rytmem, nieuważny na rozgrywające się wydarzenia…Po przejściu przez most, nad wodą cichą jak Styks,  panuje wszechogarniający spokój, medytacja i wyciszenie, mimo obecności  wielotysięcznego tłumu. Słyszę słowa modlitw, widzę oczy wpatrzone w światło dwóch okien apartamentów papieskich. Wszyscy w spokoju czekają na to, co ma się wydarzyć. Czy i to zostało gdzieś zapisane i musi się wypełnić, właśnie dzisiaj?

Nie zapomnę chwili, w której wszyscy obecni na placu przyjmują słowa Kardynała Sodano. Słowa miękkie jak dotknięcie Anioła. Reakcje są  spontaniczne – ręce same składają się do modlitwy. Rozbrzmiewają oklaski- są one czymś zupełnie naturalnym, sposobem, w jaki tysięczny tłum na placu chciał jeszcze raz- ostatni -  dać się usłyszeć Janowi Pawłowi II. Niektórzy klękali, ja bez poczucia czasu pozostałam w zamyśleniu i bezruchu. Rozbrzmiały dzwony Bazyliki. Ktoś w tłumie niósł prosto od druku L`Osservatore Romano, z okładką, która nie pozostawiała złudzeń.

Papież Jan Paweł II  odszedł.

Czy już wtedy usłyszałam: SANTO SUBITO? A może po prostu odczułam, jak świętość musnęła nas wszystkich 2 kwietnia 2005 o godzinie 21.37?

Justyna Napiórkowska 

20 lut 2014

Targi BRAFA w Brukseli czyli Paryż jest świętem


Bruksela, 26 stycznia 2014

Wczoraj spędziłam niemal cały dzień na słynnych targach sztuki BRAFA w Brukseli. To nomadyczne, czasowe muzeum. Na dodatek całe na sprzedaż! Tu Poliakoff, tam Soutine. Obok Brueghel. Dalej średniowieczne Madonny z Lotaryngii.
Czerwone kropeczki oznaczają transakcje- oto ktoś już zakupił oznaczony obraz za kilkadziesiąt, a może kilkaset tysięcy euro. Wszystko dzieje się dyskretnie. Marszandzi mówią przyciszonym głosem. Kolekcjonerzy pochylają się nad obiektami. Wymieniają fachowe uwagi. Szeleszczą przewracane kartki grubych tomów catalogues raisonnés.

Uwielbiam marszandów paryskich, których tutaj wielu. Potrafią z taką pasją opowiadać o swoich najcenniejszych obiektach. Zwłaszcza kiedy mówią o tej tak barwnej epoce - pierwszej ćwierci XX wieku, kiedy "Paris était une fête", Paryż był świętem, trawestując francuski tytuł autobiograficznej książki Hemingwaya. Z Montmartrem, Montparnassem, La Coupole i Rotonde- legendarnymi miejscami Paryża!

W jednej z galerii z tegorocznych targów zobaczyłam perełkę. Na dodatek z mocnym akcentem polskim. Nie dość, że był to rysunek autorstwa wychowanego i wykształconego w Krakowie Mojżesza Kislinga, to jeszcze pewne polskie akcenty były na samej pracy. I niewątpliwie Paryż w jakim rozgrywała się ta scena- był świętem. Niekończącym się karnawałem!

Rysunek Mojżesza Kislinga jest niewielki, może w formacje A4. Historia, właściwie historyjka, którą niesie- fascynująca.

Powstał w 1923 roku. Mojżesz Kisling mieszkał już wówczas od kilkunastu lat w Paryżu. Przyjechał tam za namową swojego krakowskiego profesora, Józefa Pankiewicza.
Okrzepło już określenie, na które zapracował sobie fantazją i stylem życia- Książę Montparnasse`u. W bliskim mu kręgu gromadziły się właściwie wszystkie najwspanialsze postaci ówczesnego Paryża, cała barwna, bardziej lub mniej wychudzona artystyczna bohema, od Picassa, przez Kiki de Montparnasse po Soutine`a.

Kilka z tych osób znalazło się właśnie... na tym rysunku. W scenie karnawałowej zabawy w atelier artysty. W tym samym, które potem zobaczyłam na zdjęciu w albumie:




Niektóre postaci można rozpoznać. Na przykład pochodzącego z Polski Leopolda Zborowskiego, słynnego paryskiego handlarz książkami i marszanda, ten tak często portretowanego przez Modiglianiego. Dla Francuzów- Zboro. Jego żonę Anna. Jej przepiękny portret widziałam w MoMA w Nowym Jorku, jako jedno z zaledwie dwóch dzieł Modliglianiego w stałej ekspozycji. Z tyłu - w charakterystycznych okularach- stoi japoński malarz Foujita.

Zabawa musiała być przednia. Świadczą o tym liczne butelki szampana na stole. Po prostu paryska inspiracja na karnawał!


Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli. Blog  "O sztuce" został Blogiem Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

Jubileusz Władysława Jackiewicza - 90 lat!

Wybitny malarz, Władysław Jackiewicz obchodzi dziś dziewięćdziesiąte urodziny.

Urodził się 17 lutego 1924 roku w Podbrodziu pod Wilnem. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku w pracowni prof. Artura Nachta-Samborskiego. Twórczość Artura Nachta-Samborskiego miała duże znaczenie dla ukształtowania postawy twórczej artysty. Po ukończeniu studiów był współtwórcą Grupy Gdańskiej. Profesor Władysław Jackiewicz w latach 1969-1981 pełnił funkcję rektora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

Artysta należy do klasyków sztuki polskiej.  Jest laureatem Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego przyznanej w 2007 roku. Dorobek artysty obejmuje kilkadziesiąt wystaw indywidualnych w galeriach i muzeach w Europie.

Jednym z najważniejszych wydarzeń o międzynarodowym znaczeniu był udział w XLII Biennale w Wenecji.

Podstawowym tematem w twórczości Władysława Jackiewicza jest od ponad 40 lat motyw ciała.

W 1973 roku artysta namalował pierwszy obraz otwierający ten najważniejszy cykl. Od tego czasu konsekwentnie podąża tą samą drogą artystyczną. Droga, którą na swój sposób realizowało w przeszłości wielu malarzy. Akty malował Cranach, Rubens, Modigliani. Akty malował Schiele i setki innych.

Wielu malarzy dawnych- podobnie jak współcześnie Jackiewicz - malowali akty uporczywie, ciągle, nieprzerwanie. Na swój sposób. Jakby dążąc ku rozwikłaniu jakiejś tajemnicy ciała. Ciała materialnego, a marzącego o wieczności. Tak nietrwałego, a dającego nadzieję ciągłości. Ciała dającego życie. Ciała łączącego sacrum i profanum.

Temat "cielesności" rozwijał profesor Jackiewicz w dziesiątkach obrazów.
Konsekwentnie. Cierpliwie. Z pasją. Po dzień dzisiejszy.

Ten cykl to opus magnum artysty.

Jubilatowi życzę wielu szczęśliwych chwil w pracy twórczej! 
Wielkiej radości w tworzeniu! 
Zdrowia, Szczęścia i wielu artystycznych inspiracji!

Justyna Napiórkowska

Wystawę prac artysty pokazujemy w Galerii Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej
Wystawy jubileuszowe przygotowała także Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku.

2 lut 2014

Bellini - Ofiarowanie w świątyni


W Fondazionie Querini Stampalia w Wenecji, w niewielkiej, amfiladowej sali na pierwszym piętrze, na sztalugach stoi pewien średniej wielkości obraz.

Eksponowany jest nietypowo jak na muzeum i na tej klasy obiekt. Zasługiwałby na kordon zabezpieczeń. Boks przeciw kradzieży, szybę antywłamaniową. A tymczasem stoi jak w pracowni malarza, jego autora, Giovanniego Belliniego, na sztalugach.
Przed nim stoją zapatrzone dwie, trzy osoby. Można dojść dość blisko. Sala naprawdę jest malutka, podobnie jak to muzeum, dość kameralne.

Giovanni Bellini, Ofiarowanie w świątyni, foto: Justyna Napiórkowska

"Ofiarowanie w świątyni" Giovanniego Belliniego to arcydzieło młodego malarza z przełomu XV i XVI wieku.

Kiedy tam byłam w Wenecji była akurat aqua alta. Morska, szmaragdowa woda wsączała się wszędzie- na place, do przedsionków, w korytarze na parterach budynków. Przez wodę trzeba było brodzić także w tym pałacu rodziny Querinich.

Dopiero na pierwszym piętrze, na piano nobile można było zapomnieć o tym powszechnym kataklizmie wody, który nieustannie nawiedza miasto.

Ale przed tym obrazem można o tym łatwo zapomnieć. Można po prostu stanąć naprzeciw i na chwilę zaniemówić z wrażenia.


Jest przepiękny, o cudownej, bogatej palecie kolorystycznej. Scena jest tłumna, a jednocześnie intymna. Tajemnicza i dwuznaczna. Grupa postaci oddzielona marmurowym pulpitem, który ma sugerować wnętrze świątyni.

Kim są uczestnicy? To Maria z Józefem ofiarujący Dzieciątko w świątyni. Tradycja chce, by czynić tak czterdziestego dnia po narodzinach. Józefowi i Marii towarzyszy najpewniej prorokini Anna i Symeon- jedni z pierwszych świadków boskości Jezusa. Symeon miał mieć 112 lat i żył cierpliwie oczekując na spełnienie boskiej obietnicy, że nie umrze, dopóki nie zobaczy Mesjasza. Przynajmniej tak mówi św. Łukasz i Protoewangelia Jakuba.

A prywatnie- ta kameralna scena to portret rodzinny wielkich malarzy.

U Belliniego Symeon ma według niektórych rysy ojca Giovaniego, Jacopo, także malarza. Kobiety po lewej to może jego matka lub żona- Ginevra i siostra Nicolosia. Po prawej- szwagier- wielki Andrea Mantegna. Pojawia się tu nieprzypadkowo. Ten obraz Belliniego jest bowiem łudząco podobny do arcydzieła starszego Andrei Mantegni, dzisiaj pokazywanego w Gemäldegalerie w Berlinie. Więcej, nawet podpis na desce obrazu Belliniego na odwrociu mówi "Andrea Mantegna". Może po prostu miała to być kopia, ale dzięki swojemu talentowi Bellini stworzył obraz ubiegający się o swoją autonomię. Jest tu inna tonacja, dzięki cudownej, weneckiej palecie czerwieni i purpur.

  Andrea Mantegna, Ofiarowanie w świątyni, 1455

Moją uwagę zwróciły rozbiegane spojrzenia. Każda z postaci patrzy gdzie indziej. Jakby w tej scenie rozgrywało się kilka równoległych opowieści, w których poszczególne postaci na swój sposób przeżywają to co się dzieje. Te spojrzenia budują całą dynamikę tej pozornie statycznej sceny.

To w spojrzeniach kryją się dziesiątki odczuć.

Radość. Uwaga. Troska i niepokój.

Marmurowy blat przypominać ma jeszcze jedno- rzymskie grobowce. A zatem zawiera dyskretną zapowiedź śmierci, już u zarania życia.

Tylko jedna postać spogląda wprost na widza. To poważny młodzieniec z prawej strony kompozycji. Najpewniej sam autor, Giovanni Bellini.






Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista.
w Warszawie, Poznaniu i Brukseli. 
Blog "O sztuce" został  Blogiem Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

Translate

Na marginesie

tematy, o których nie zdążę na razie napisać więcej, bo doba jest niemiłosierna, ciągle konsekwentnie mija...

-wystawa Fangora widziana niedawno w Krakowie- bo optycznie zawróciła mi w głowie, poza tym uwielbiam Fangora poczet królów polskich i krzesła jak u Van Gogha;

-Zawsze Młoda ( ...Polska) też w Krakowie przy Placu Szczepańskim, bo ekspozycja świeża i fajnie poprowadzona, ale podłogi wciąż po staremu skrzypią w kamienicy Szołayskich, a wśród obrazów snują się studenci malarstwa z rysownikami;

-Constantin Permecke w Brukseli- bo dobrze zobaczyć malarza który maluje jakby rzeźbił;

-Fernando Botero w Bilbao, przez osobistą sympatię do artysty-
odkąd poznałam go kilka lat temu najpierw w Pietrasanta, potem w Paryżu;

-Nowy Jork- w światłach i w ciemnościach...;
-Lucca pod wodą...bo bardzo tam pada i zaczynam się martwić;

- Korczak dla dorosłych, bo dziś zauważyłam, że dorośli niewiele o nim zapamiętali- dzieciom należy się ich bajka!;

-temat z kresów, od PM, którego przepraszam za to opóźnienie...ale nie zapomniałam!

1224 słowa
1224 słowa skopiowano przez ostatnich 24 godzin z mojej strony. Proszę o uszanowanie praw autorskich. W przypadku chęci wykorzystania tekstu mojego autorstwa, proszę o kontakt emailowy.
Justyna Napiórkowska
justyna (at) napiorkowska.pl

POCHWAŁA DYSKRETNYCH UCZYNKÓW

Chcę napisać o M., mojej siostrze. A raczej o pewnym dyskretnym dobrym uczynku.


Piątek. W tle zbliżające się święta. W głośnikach kolędy. W sklepach tłumy. Przy kasach kolejki. Tak jak wczoraj w Ikei. Sklep przed świętami to terytorium walk. Niby po prostu święta, a trochę jak apokalipsa.

Trudno zobaczyć w tym tłumie drugiego człowieka. Na przykład kobietę w ciąży. Albo starszą. Albo zdenerwowaną.
Trudno zauważyć, trudno skojarzyć, trudno zdążyć choćby z najmniejszym dobrym uczynkiem.

Moja siostra, M. zauważyła. I zdążyła mieć pomysł ( w sowjej prostocie naprawdę niezwykły) , obejść narzucaną zewsząd obojętność i zrobić małą rzecz. Mały,dyskretny dobry uczynek.
Zauważyła syna z matką, zdecydowanie starszą. W rozmowie okazało się, że Pani X. była więźniem obozu koncentracyjnego w 1943 r. Mąż w Majdanku. Legitymacja Pokrzywdzonych przez III Rzeszę. Dużo historii na jej zgarbionych wiekiem plecach. Nie przyszli do Ikei na zakupy. Przyszli się ogrzać i zjeść kolację -4 kromki chleba i herbata dzielona na pół. Na to ich było stać. Brzmi jak opowieść z Hansa Christiana Andersena. I wtedy nastąpił właśnie ten mały, dyskretny, dobry uczynek M.

Moja siostra też nie wyszła z zakupami. Ale z zapamiętanym, wzruszonym spojrzeniem zmęczonych oczu Pani X.

Pisze wbrew M., o tym pisać mi zabroniła. Łamię zakaz, tu nie chodzi o to kto, tylko co. Potraktujcie to proszę jako pomysł na dni gorączkowego poszukiwania prezentów świątecznych. Prosty i niewyczerpujący. Ja też spróbuję.

PS Zamiast M. mogłabym tu pewnie wpisać inicjały innych osób. Tak na gorąco przychodzą mi do głowy A.K., J.K., J.O. , T. G. I pewnie wielu innych, dyskretnych w dobrych uczynkach. Wypełnijmy nimi świat!

Inne historie

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Inne historie

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...