Blog Roku 2010 w kategorii Kultura

Dodatkowe wyróżnienie pozakonkursowe
Zastrzeżenie.
Blog zawiera autorskie teksty. Proszę o uszanowanie prawa autorskiego poprzez powoływanie się na źródło.
(Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

19.01.2016

Gra w szachy z Muzeum Narodowego w Poznaniu | Arcydzieła sztuki w Polsce


Znałam ten obraz z Muzeum Narodowego w Poznaniu. Trudno byłoby go nie znać. Uważany jest za jeden z najlepszych obrazów kobiety- malarki, Sofonisby Anguissoli. Bardzo ucieszyłam się, gdy  zobaczyłam to płótno na wystawie w brukselskim Bozar. Obraz włączony jest do wystawy dotyczącej związków imperium osmańskiego z europejską sztuką renesansu. W tym wypadku, na XVI wiecznym obrazie, o takich związkach świadczyć ma orientalny dywan na stole, przy którym trzy dziewczynki rozgrywają partię szachów.

Dodanie tego obrazu do wystawy w brukselskim Bozar było w sumie chyba tylko pretekstem. I dobrze, bo to zawsze kuratorski gest, który przypomina, że w zbiorach polskich są dzieła przynależne i ważne dla europejskich nurtów w sztuce. Dzieła wspaniałe i niekiedy słabo znane.

To nie orientalny dywan jest przecież tematem tego obrazu. A więcej o związkach renesansu ze sztuką imperium osmańskiego trudno tu wykrzesać.

Trzy dziewczynki przedstawione są przy grze w szachy. Przypomina mi ten motyw dziecinne zabawy, gdy z siostrą i kuzynkami grałyśmy w dzieciństwie w karty czy warcaby. Zajęcie na deszczowe, wakacyjne dni. Najmłodsza z nas padała zazwyczaj ofiarą starszych, które knuły spiski. Na przykład podglądając układ kart w ustawionym za najmłodszą lustrze. Bez mrugnięcia okiem ogrywały zadziwioną, łatwowierną przeciwniczkę.
Dla dorosłych takie zmowy byłyby łatwe do rozpoznania. Ale przy dziecięcej naiwności te spektakularne trafienia i idące za nimi wygrane stanowiły niezrozumiały, magiczny spektakl. Jak cyrkowa sztuczka, po której najmłodsza z grających wychodziła przegrana, ale rozpromieniona, z płonącymi z wrażenia policzkami.

Sióstr Anguissola było sześć. Sofonisba, Elena, Lucja, Europa, Minerva i Anna Maria. Pięć z nich zajmowało się malarstwem. Lucja, ta spoglądająca z obrazu na widza, niestety zmarła młodo. Elena porzuciła malarstwo, zostając zakonnicą. Europa i Anna Maria także zrezygnowały z malowania po wyjściu za mąż. Ale to podobno Sofonisba i Lucja były najzdolniejsze.I to Sofonisba trafiła na królewski dwór w Hiszpanii, malując na dworze w Madrycie portrety Habsburgów. Stała się jedną z najbardziej znanych malarek w historii.  Doceniał ją nawet Michał Anioł.

Ten obraz powstał około 1555 roku. Trzy siostry siedzą przy stole.  Wszystkie dostojnie ubrane. Atłasy. Jedwabie. Brokaty. Zdobione opaski na głowach. Być może szachy są tu tylko elementem scenografii, w której najstarsza Sofonisba sportretowała siostry. Powstał rodzinny portret, który podobno wisiał później w domu malarek w Cremonie. Pamiętał o tym Vasari, którego malarstwo Sofonisby zachwycało.

Rozpoznanie postci budziło wątpliwość. Przypuszczano na przykład, że jedna z dziewczynek to sama Sofonisba. Świadczą o tym zapiski zgromadzone w archiwach Libri Veritatits rodziny Raczyńskich, właściciela obrazu.

Współcześnie przyjęło się jednak, że przy stole siedzą Lucja, Minerva i Europa. Nota bene, Sofonisbę można zobaczyć na innym obrazie w zbiorach polskich: autoportrecie w Muzeum w Łancucie. To autoportret w pracy- malarka stoi przy sztlugach, na wsporniku farby, w dłoni pędzel, a w tle malowana Madonna z Dzieciątkiem. Niektórzy chcieli w tym obrazie widzieć nawiązanie do tęsknot Sofonisby do macierzyństwa. Możliwe, że to było jedyne jej niespełnienie.

Gdy malowała portret sióstr, miała zaledwie 23 lata, a za sobą pobyt w Rzymie i zdobyte uznanie Michała Anioła. Jej talent był już potwierdzony.

Na obrazie pewna swego ruchu Lucja spogląda na widza. Jednocześnie strąca właśnie z planszy pionki Minerwy, drugą dłonią przestawiając jedną z figur. Szach mat, z figlarną miną.
Ale to w tym wypadku tylko teatralne zagranie. Gra chyba raczej jest udawana. Ci którzy znają się na szachach twierdzą, że nawet plansza nie jest prawidłowo rozłożona.

W tych dziewczynkach są trzy światy. Lucja jest najstarsza z tego grona. Pewna siebie. Na polu szachowym rządzi. Świadczy o tym nawet ten gest dłoni, którymi obejmuje całe pole gry. Kto czytał Dzieci z Bullerbyn, wie jakie rozgrywki stosują starsze dzieci wobec młodszych. W XVI wieku chyba nie było inaczej. Minerwa jest zadziwiona. Najmłodsza Europa - roześmiana.

Lekcja gry. Lekcja psot. Popołudnie sióstr. Przykład portretowej maestrii młodej malarki.

Spojrzenia tworzą intymny krąg. Minerwa patrzy na Lucję. Europa na Minerwę. A Lucja do tego kręgu włącza jeszcze Sofonisbę stojącą przecież po drugiej stronie płótna i zza sztalug dokumentująca tę scenę. Opiekunka spoglądająca z brzegu kadru tylko dodaje tej teatralności.

Jeśli w tym obrazie chodzi o grę, to niekoniecznie jest to gra w szachy.

Raczej subtelna gra między dziewczynkami. Siostrzane relacje rozegrane w klimacie zabawy, podczas wspólnej chwili spędzonej w cieniu rozłożystego dębu, zza którego wyłania się zamglony pejzaż Lombardii. To fascynująca opowieść o trzech siostrach Sofonisby, na wspaniałym obrazie z poznańskich zbiorów. Arcydzieło powstałe u zarania długiej malarskiej kariery.

Sofonisba Anguissola, Gra w szachy, 1555
Muzeum Narodowe w Poznaniu

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

Wiosna Wojciecha Weissa, wiosna wszędzie!


Nie bez powodu malarze młodopolscy widzieli w rozbuchanej wiośnie potężny, zmysłowy potencjał. Najpierw malowali przedłużające się przednówki, potem czas wiosennego i letniego rozkwitu. Ale krótkotrwały czas wczesnego, wiosennego wybuchu raczej w obrazach pomijano. Może wyjątkiem jest „Wiosna” Weissa.


Zazwyczaj kiedy piszę – zaczyna się to od obrazu. Od malarskiej inspiracji, która rozszerza się na postrzeganie świata. Bo tym są dla mnie obrazy. Zwierciadłem, w którym można przeglądać się także sobie i rzeczywistości.

Tym razem jednak jest inaczej. Zaczęło się od wiosny, która w tym roku tak spektakularnie się rozpoczęła. Potem dopiero pomyślałam o kilku obrazach Wojciecha Weissa. Malarza, który chyba najdobitniej pokazywał początek i koniec. Wiosnę i zmierzch. Witalność i nostalgię.

Wiosna. Wszystko tak pięknie rozkwita. Najpierw spod surowej, otępiałej ziemi wyłoniły się wszystkie ździebełka. Przebiły przez warstwę szarości, przez powłokę zastałego kurzu, pokruszonych liści, ususzonych traw. Jasnym prawem natury, idą do góry.

Potem nastały te wszystkie listki i listeczki o barwie bladej zieleni. Gałązki i gałązeczki w ambitnym wzroście. W końcu na ich "opuszkach" pojawiły się białe kwiatki, delikatne płatki.

W koronach drzew lśnią niebieskie, bezchmurne prześwity. Pączki rozsupłują się, listki otwierają, wici pną do góry.
Zielone, roślinne pędy nabierają kształtu, a przyroda - nabiera śmiałości. Jak pisał Schulz- cicho ekspodują strąki.

Cudowna wiosna, z tym swoim animuszem. Bezkompromisowo przejmuje terytorium. Pełna euforii bierze władzę nad naszym kawałkiem ziemi.

Od pewnego momentu idzie na skróty, aż wszystko rozbuja się pełną zielenią.

Ależ to intensywne! Agresywne przejęcie. Wiosenna anarchia, w której zwycięża młodość i siła!
W każdej chwili, w każdej sekundzie na krawędziach tego, co widzialne, każde ździebełko trawy wyciąga z ziemi witalne soki. Nawet spomiędzy płyt chodników powyrastały silne  pędy, które pną się śmiało ku słońcu.

Tak, przyroda przejmuje ludzki habitat.

Wczoraj wieczorem obok estakad Mostu Poniatowskiego widziałam jeża. Kilka dni temu przy trasie szybkiego ruchu przyczaiły się zające. Przebiegł lis, zostawiając w blasku reflektorów rudą poświatę. Mrówki – są wszędzie. Przejmują wszystkie cukiernice w obrębie uchylonych okien i nieśmiało otwieranych tarasów.

Pisać o wiośnie z datą ustawową, w połowie marca byłoby przedwcześnie. To był przednówek. Wszystkie witalne siły tkwiły jeszcze przyczajone przed nagłą eksplozją, która poprzedzały ciche, spokojne, słoneczne dni. Teraz przemiany ukazują się na naszych oczach.

Za chwilę ten intensywny spektakl się skończy. Bladość przyrody zaraz nasyci się chlorofilem i stanie buzującą zielenią. Pastelowe barwy zmienią w paletę gęstą, intensywną.

Ogrodnicy będą próbować podporządkować rozrastający się w ogródkach i na skwerach busz. W przyrodzie nie ma próżni. Natychmiast zostaje ona wypełniona anarchiczną puszczą amazońską, która w naszej szerokości geograficznej przybiera formę gąszczu traw i chwastów, samosiejek, które zanim ujawnią się na górze, zdążą wpuścić w dół mocne rusztowanie. Choć wyglądają tak krucho, zbudują po cichu siatkę korzeni, która prawie nierozerwalnie połączy je z ziemią. Wie o tym ten, kto próbował wyrwać z ziemi młodziutki i rachityczny, zaledwie wyrosły nad ziemię pęd klonu.

Nie bez powodu malarze młodopolscy widzieli w rozbuchanej wiośnie potężny, zmysłowy potencjał. Najpierw malowali przedłużające się przednówki, potem czas wiosennego i letniego rozkwitu. Ale krótkotrwały czas wczesnego, wiosennego wybuchu raczej w obrazach pomijano.

Może wyjątkiem jest powstała pod koniec XIX stulecia „Wiosna” Wojciecha Weissa. To wiosna wzmagającej się zieleni. W fazie solidnego wzrostu. Weiss chyba najlepiej oddaje tę „pędrakowatość”. Nabieranie formy. Przepoczwarzanie się ku dorosłości. W przyrodzie i w tym wypadku - w małym człowieku. A w tle – historia się rozwija – w postaciach biegnącej menady i fauna.

Wiosna w pełni natomiast ukaże się u Weissa w  obrazie „Maki” z początku XX wieku. Triumfująca i wszechmocna. Jak scenografia, do której dopasowują się aktorzy.

To obrazy niepokojące i piękne. Obrazy o zmianach, obrazy o czasie. O witalnej i nieprzemijającej mocy natury.

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

Nike z Samotraki



Uskrzydlona, marmurowa piękność. Nie znamy jej twarzy. Nawet jej wiek jest tajemnicą. Katalogi Luwru podają jej czas powstania bez precyzji, gdzieś w przestrzeni hellenizmu między  III i I stuleciem p.n.e. To jedna z najwspanialszych rzeźb jakie kiedykolwiek powstały. Wyobrażam sobie, co mogli czuć XIX wieczni odkrywcy, gdy znajdowali fragmenty przepięknie opracowanego marmuru. Ale także, co musieli czuć ci, z których inicjatywy powstała przed ponad dwoma tysiącami lat.

Mierzy, bagatela, ponad dwa metry.
Jej wysokość Nike z Samotraki.

Unosi się lekko, lecz jakby stawiając opór powietrzu w paryskim muzeum. Tu to powietrze jest nieruchome, inaczej niż pewnie na maleńkiej Samotrace, gdzie Nike stała na wzgórzu na wyrzeźbionym, kamiennym dziobie okrętu. Jej sylweta mogła się odbijać w wodzie wybudowanego dla niej basenu. Antyczny site specific. Dzieło wpisane w konkretny kontekst. Ustawione wśród kamieni i drzewek oliwnych.
Wystawione na palące słońce, w obłędnym szumie cykad.

Miejsce w jakim wystawia ją Luwr budzi we mnie cichy opór. Co prawda te schody są reprezentacyjne, a widzowie po raz pierwszy spojrzą najpewniej z dołu, co potęguje wrażenie. Jest w ustawieniu tej wznoszącej się ku górze postaci jakaś logika, ale zawsze czuję, że Nike w tym miejscu jest jak w jakimś antyszambrze, przedsionku, poczekalni. Jak wiele zabytków na emigracji, z dala od miejsca, do którego przynależała. W tym wypadku maleńkiej wyspy,  Samotraki, gdzie najpewniej była wotum od mieszkańców Rodos za morskie zwycięstwo nad Persami.

Kiedyś była fizyczną emanacją potężnej wiary. Stanowiła bardziej świadectwo ducha, niż materii. Stawiała znak równości między dobrem i pięknem.

Dziś Nike jest zredukowana do ciała.

Bardzo pięknego. Zmysłowego. Idealnego. Promieniującego siłą.
Świadczy o cierpliwości i talencie rodyjskiego rzeźbiarza, który chciał, by marmur stał się delikatny jak jedwab. O artystycznych wyżynach tej wizji świadczy to, że nawet pozbawiona twarzy, bez rąk, z ukruszonym skrzydłem, tak mocno ukazuje piękno i doskonałość.

Jest owiana morską bryzą. Wyprostowana i dumna.
Ludzie morza, ci którzy żeglowali wiedzą, jak to jest, gdy ciało pokryte jest słoną osnową. Po tym jak poruszana wiatrem łódź przecinała fale, w słońcu i w sztormie.

Antyczna piękność, miss mokrego chitonu.
Uskrzydlona Wiktoria z wód Morza Śródziemnego.
Kiedyś była najpewniej świadectwem zwycięstwa demokracji nad despotami.

W tym roku płynęłam łodzią przez egejskie wody Dodekanezu.  Marząc, byśmy kiedyś znów, myśląc o tym morzu, mieli ten sam entuzjazm, który kazał Rodejczykom stworzyć tak zachwycające dzieło w podziękowaniu za wywalczoną nadzieję na pokój.


Justyna Napiórkowska

17.10.2015

Madonna z Paczółtowic


Kilka dni temu dostałam maila z działu promocji Muzeum Narodowego w Krakowie. Dotyczył prezentowanej jeszcze przez kilka dni w krakowskim Europeum Madonny z Paczółtowic.
Jako historyk sztuki powinnam być chłodna w podejściu do dzieł sztuki.
Zadatować, odnaleźć analogie, zakatalogować w myślach.
Bywają jednak takie obrazy, które cicho i spokojnie, jak bluszcz wypuszczają wici, które powoli splątują wszystkie moje myśli.
Przeczytałam wiadomość i szybko wróciłam do XXI wieku. Ale ten obraz z XV nie pozwolił o sobie zapomnieć.


Ja swoje, a arcydzieło swoje. Zaczęło rozpychać się w mojej głowie. Koić i niepokoić równocześnie. Prowokować. Przyciągać.

Tak, aby zmusić mnie do porzucenia pospieszności i powierzchowności, do której zmusza nas świat. Na rzecz chwili skupienia. Pochylenia się nad detalem. Chłonięcia, centymetr po centymetrze, tej naiwnej malarskiej wizji, w której świat w przeciwieństwie do naszego jest tak uporządkowany.

Jak magnes przyciągał ten obraz moje myśli. Chciałam wiedzieć, gdzie leżą Paczółtowice. Na ile erozyjne ruchy ziemi pogięły tamtejszy jurajski pejzaż? Jak cudownie byłoby zajrzeć do tego drewnianego kościoła, gdzie pewnie w ciszy i ciemności tylko złocenia z obrazu by błyszczały, roztaczając wokół Madonny złotą ognistą tarczę.

Hortus conclusus, ten ogród zamknięty, w którym anonimowy malarz przedstawił Madonnę jest bardzo umowny. Zorganizował go według rygorystycznego porządku, w którym kolejne rzędy pni unoszą wspólną, zieloną koronę. A ta ustawiona jest jak odwrócony ryngraf. Roślinna tarcza, odrobinę jak z tej pory roku, bo niektóre liście zaczynają się złocić.

Madonna ubrana jest w zdobne adamaszki, które gną się u jej stóp. Dzieciątko trzyma jak w lustrzanym odbiciu, z innej strony niż większość znanych Madonn. Dłonią przytrzymuje także połę płaszcza.
Dzieciątko, rumiane i dorodne mogłoby być po prostu „dzieciątkiem” z małej litery, zwykłym niemowlakiem, który chwyta za kamyk zdobiący suknię. Jak wszystkie niemowlaki tego świata, chętnie chwyta tego, co błyszczy.

Madonna – doskonale obojętna. Nieskończenie łagodna. Nieporuszona.  Czy piękna? Nie wiem.
Jej policzki są zaróżowione. Na wysokim czole –korona. Zdobność zdobnością, ale te szlachetne kamienie muszą swoje ważyć. Tymczasem ten ciężar jest tylko umowny. Korona jest przypisana do sfery poza Madonną. Wklejona jak kolaż w złote tło.  Anonimowy malarz umocował ją na złotej aureoli, tak by nie odciążać Marii.

W ogóle nie ma w tym obrazie grawitacji. Świat tu nie ciąży. Nie ciąży suknia, płaszcz, ani dorodne Dzieciątko, ujęte gestem tak lekkim, tak odrealnionym.

I jeszcze na dole obrazu, ten leśny, kwietno-owocowy urodzaj. Barwne punkciki równoważą bogactwo ze strojów. Runo leśne zarasta pustkę. Jak w dżungli amazońskiej, roślinna ściółka rozlewa się gąszczem, realizując postulat horror vacui.

Madonna stoi na sierpie księżyca, jak na łodzi, zawieszona nad kawałkiem ziemi, wśród leśnej obfitości. W raju, arkadii, pełnej ziół, jagód, poziomek. Ten świat roślinnej bujności równoważy  mnogość błyszczących kamieni z lamówek płaszcza. Obfitość i płodność ziemi, strojność i splendor Marii.

Ziemia i niebo, tu zespolone są rąbkiem księżyca.

Przyznaję, nie znałam tego obrazu wcześniej. Być może widziałam go kiedyś przelotnie. Ale spotkanie z dziełem potrzebuje dobrego czasu.

Tak działa na mnie sztuka. Najpierw lekko uszczypnie, a potem błogo rozleje się po ciele, jak znieczulenie.
Objawiając piękno szczególnie wobec brzydoty świata.


Madonna z Paczółtowic
cykl Cudowna moc sztuki, do 18 października 2015
Europeum, Muzeum Narodowe w Krakowie
Po wystawie w Krakowie obraz wróci do Paczółtowic.

Justyna Napiórkowska, historyk sztuki i europeista, współprowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli.


06.01.2015

Sen Trzech Króli


Sen trzech króli -to chyba najpiękniejsze i najmniej oczywiste przedstawienie Trzech Króli jakie znam.
Jest niewielkie, zajmuje fragment kapitelu kolumny w katedrze w Autun.

Postaci wpisane są w dostępną przestrzeń, ścieśnione we wspólnym łożu. Dzielą wspólną narzutę. I wspólny los.

Samo Autun położone jest gdzieś pod sercem Francji, między Paryżem a Lyonem, na płaskim kawałku ziemi,  w złotym trójkącie sztuki średniowiecznej. W Burgundii i okolicach każde miasto, to wykuta w kamieniu historia Europy blisko tysiąc lat wstecz: to tam leży Sens, Beaune, Paray-le-Monial z ich wspaniałymi katedrami, klasztorami, kościołami.

Zwykle poznajemy ich podczas wędrówki, odzianych w ciężkie, zdobione stroje.  Połyskują atlasy, purpury układają się w miękkie draperie. Bogato wyszywane płaszcze opadają im z ramion, trzewiki grzęzną w miękkiej ziemi. Ida w orszaku, z dromaderami, spoglądając w niebo. Albo klęczą już w stajence, ze złotem, kadziłem, mirrą...

A tutaj - trzej królowie nadzy, w łóżku.

A gdyby tak patrzeć na tę rzeźbę oczyma współczesnymi, zdejmując patynę blisko dziewięciu wieków, które minęły od czasu, gdy w kamieniu wykuwała je nieomylna ręka Gislebertusa, bodaj najwybitniejszego rzeźbiarza swoich czasów?
To średniowieczne przedstawienie, w sumie tak odrealnione, mogłoby być współcześnie "memem". To przepiękna rzeźba, a sztuka średniowiecza, z jej skłonnością do syntezy  wspaniale poddaje się współczesnemu spojrzeniu.

Włożona jest w rygor architektury, jako jedna z wielu wypełniających dostępne kapitele i prowadzących wiernych w narracji katedralnej Biblii Pauperum.

Trzej Królowie leżą pod wspólną narzutą. Prawie nadzy. Zdradza to odkryta ręka jednego z nich. Gdzie te wszystkie altembasy, adamaszki, brokaty?  Króla przecież najlepiej rozpoznać po wizerunku, poza tym wiemy dobrze, że nic nie różni jego królewskiej mości od pierwszego z rzędu poddanego.

Skąd taka[i] licencia poetica[/i] burgundzkiego rzeźbiarza? Oczywiście królowie leżą bez podtekstów, ale czemu Gislebertus królów rozebrał i położył obok siebie?  Może to dlatego, że trudno o inną sytuację, gdy tak doskonale  jak we śnie realizuje się postulat równości? Na jawie nikt nie jest w pełni równy.
W snach każdemu może przydarzyć się to samo, niezależnie czy jest królem czy żebrakiem.

Jedynie korony nałożone na głowy królów pozwalają ich zidentyfikować. Chyba nic wygodniejszego niż sen w koronie. Trzy diademy na wspólnej poduszce. Nie ma zatem wątpliwości, kim są ci panowie, którzy najpewniej w wędrówce dzielą wspólne łoże i wspólny los.

Dwóch królów śpi na razie spokojnym snem. Ułożeni w niewielkiej przestrzeni, w łożu wkomponowanym w powierzchnię kapitelu. Przytuleni policzkami, bardzo blisko, ale naturalnie ich sen jest niewinny. Braterstwo we śnie, który w tym wypadku, za sprawą objawiającego się anioła nadaje im wspólnotę dziejów.

Jest metafizycznie.

Mam wrażenie, że wszystkie biblijne anioły unikały cielesnego kontaktu. Bezdotykowo zsyłały myśli i inspiracje, które złotą nicią trafiały do serc i umysłów nawiedzonych. Wszystko działo się zdalnie, bo anioły nie dotykały swoich bohaterów.

Nie znam się na ceremoniałach, ale coś mi mówi, że królowie byli najmniej "fizycznymi" postaciami na świecie. Króla raczej nie można było tak po prostu dotknąć. Tymczasem tu noc trzeciego z królów przerywa anioł, który dosłownie wkracza w realną sferę. Po prostu delikatnie dotyka palcem królewskiej dłoni. W przepięknym geście. Oczy króla szeroko otwarte. Może to demon bezsenności, może jasna księżycowa noc, która temu jednemu nie pozwala spać kamiennym snem. Nie patrzy jeszcze tam, gdzie powinien- na wskazywaną przez anioła gwiazdę. Może on, zbudzony tym nieziemskim dotknięciem  widzi na jawie to, o czym śnią dwaj pozostali?
Bo choć najwyraźniej przesłania tego doświadczają w różny sposób, ich udział w historii będzie jednakowy.

Królowie postawieni są wobec konkretnego zadania - iść, oddać pokłon, a potem, broń Boże, nie wracać tą samą drogą, by nie zdradzić Herodowi  miejsca narodzin Jezusa.

Mają dodać bogatego sznytu wydarzeniom ze skromnej stajenki. Nadać im stosowną rangę.

Dlatego chyba tutaj występują jako królowie, a nie magowie czy astronomowie, jak mówiła Ewangelia według św. Mateusza.  W średniowieczu z pewnością był to kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo natomiast to piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Królów było najważniejsze: pokłonienie się Dzieciątku, rezygnacji ze swojej wyższości. Może dlatego są nadzy?

Jakie to ponadczasowe - odniesienie do osób, które swoją obecnością mają świadczyć o znaczeniu. Oto słynne persony pojawią się wkrótce przy żłóbku. Ale zwykle takie osobowości nikną w mrokach dziejów, tymczasem królowie wędrujący za gwiazdą ku jakiejś opuszczonej grocie pod Betlejem wykuli swoje miejsce w historii.

Miejsce w historii sztuki wykuł im także mistrz Gislebertus, w Autun. W dziele tajemniczym, pięknym i inspirującym.

Postscriptum
W średniowieczu motyw Trzech Króli niósł oczywiście kontekst polityczny, dla ukazania świeckiej władzy w pokłonie przed nowonarodzonym Jezusem.  Ponadczasowo to także piękna opowieść o pokorze, o tym, co w misji Trzech Króli było najważniejsze: poddanie się, rezygnacja ze swojej wyższości, zejście na ziemię.
Może dlatego poza koronami pozbawieni są wyznaczników swego królewskiego statusu?

31.12.2014

Singing in the rain: szczęśliwego nowego roku!


2014...
Rok długi i pełen wydarzeń. Dobrych i złych. Wesołych i smutnych.

Życie jest drogą, a w takim momencie dobrze zobaczyć, że nie chodziło się w kółko, na spacerniaku wśród znanych motywów.

Dla mnie ten rok był odkrywczy. Obfitował w poznawanie ludzi, poznawanie miejsc, poznawanie siebie. Swoich możliwości i ( Bogu dzięki!) ograniczeń.

Pod wieloma względami to był zły rok:  kryzys na Ukrainie, powstanie ISIS w Syrii i Iraku...Bombardowania w Palestynie, znikające samoloty, barbarzyństwo separatystów i ekstremistów...Przesuwającą się skala okrucieństwa.
To wszystko nadwyrężało wiarę w ludzi jako gatunek przyzwoity.

Ale kiedy pod koniec roku widziałam film Interstellar, w scenie pokazującej astronautów w przestrzeni kosmicznej zdałam sobie sprawę, jak dobrze, że ziemia to planeta ludzi.
Planeta wspaniałych ludzi, których udało mi się poznać, czasem lepiej poznać. Zobaczyć w tak wielu osobach niezwykłe światełko- przyznaję, że tego ciągle szukałam: ich pasji, fascynacji, zainteresowań.

Poznałam też ludzi różnych narodowości i wyznań. Włochów, Ukraińców i Rosjan. Ateistów, Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów.

Te znajomości w mojej niewielkiej skali zszywają planetę lepiej, złotą nicią ciekawości, przyjaźni i szacunku. Chyba tego nam trzeba, wobec tegorocznych wydarzeń.

To był pod tym względem dobry rok.
Choć czasem słońce, czasem deszcz :).
A oto czego WAM życzę w NOWYM ROKU: śpiewajcie w deszczu!





Justyna Napiórkowska
www.osztuce.blogspot.com

08.11.2014

Gwieździste niebo van Gogha i Matisse`a



Gwieździste noce na południu Francji muszą być wyjątkowe. Gwieździstą noc namalował w Saint-Rémy w 1889 roku targany wielkimi emocjami Vincent Van Gogh. Był wówczas na skraju szaleństwa. Wbrew pozorom nie był aż takim straceńcem. Pragnął prawdziwej sztuki i radosnego życia; marzył o szczęściu na południu, w słonecznej kolonii artystycznej, wśród malarzy. A tymczasem wpadał w poczucie zagubienia i bezradności. Jedyna nadzieja na wybawienie- malarstwo.

Gwieździste niebo malował z pamięci, z wyobraźni, być może w maleńkim pokoiku w szpitalu w Saint-Rémy. Chciał stworzyć naturę "bardziej wzniosłą i pocieszającą", pisał o tym w listach do przyjaciela, Emila Bernarda. Malował w tych ostatnich latach szaleńczo, frenetycznie, szybko. To niebo, tak obsesyjnie domagające się obrazu było już wtedy w nim, w jego głowie, w oczach, pod powiekami. Nad uśpionym pejzażem miasteczka, gdzie cyprysy sięgają gwiazd.

Wśród jasnych gwiazd na kobaltowym niebie umieścił także swojego Ikara w grafice z 1942 roku Henri Matisse.
Kolaże Matisse`a wydają się tak radosne, pełne witalnej siły. A tymczasem artysta od roku nie mógł pracować przy sztalugach. W wyniku operacji musiał poruszać się na wózku. Wydawało się, że Ikar już się nie uniesie. Ale potrzeba tworzenia u Matisse`a była silniejsza.
Jego upadek Ikara pozbawiony jest grawitacji. Jasne ciało zanurzone jest w olśniewającym pięknie gwieździstego nieba, zatrzymane w bezruchu nad wodą, zanim uderzy w jej taflę. Wycinając z kolorowych kartek Ikara unieruchomiony Matisse był jak Herakles, prawie niepokonany.

Czy coś łączy te prace?
Może temat: małość człowieka wobec potęgi Absolutu? Nieporadność wobec losu? Śmieszność ludzkich marzeń?
A może to po prostu to opowieści o ludzkiej tęsknocie za niebem i świadectwa nieogarnionej pasji tworzenia?

Vincent van Gogh, Gwieździsta noc, MoMA, Nowy Jork
Henri Matisse, Jazz ( Ikar), Muzeum Matisse`a, Nicea 

Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com



06.10.2014

Igor Mitoraj ( 1944-2014)


W Paryżu zmarł Wielki Artysta polskiego pochodzenia, Igor Mitoraj.
Jego sztuka łączyła szacunek dla tradycji antycznych ze współczesnym ujęciem.

Nie bał się inspiracji kulturą antyczną, wierząc, że Grecja i Rzym stanowią źródło niewyczerpane. Źródło wiedzy o człowieku, o jego wielkości, ale i słabości. O fizycznym pięknie.
To wszystko znajdowało wyraz w pracach artysty.


Mitoraj tworzył na przekór modom, wbrew tendencjom, konsekwentnie.
Kontynuował swój artystyczny zamysł, z którego wyłaniała się zarazem humanistyczna wiara w moc człowieka, jak i pokora w obliczu ludzkiej słabości.

Doskonałość u Mitoraja nosiła skazę. Piękne sylwety postaci zaczerpniętych z mitologii zawsze znaczone były jakąś rysą.
Ten znak niedoskonałości, to pękniecie tworzyło do piękna dystans. Objawiało się jak widmo  ciążącej na człowieku fizyczności, za którą- po drugiej stronie piękna ukazywał się także ból. Objawiała kruchość.

Pamiętam ogród w domu Mitoraja, we włoskiej Pietrasanta, gdzie wśród gęstej zieleni ustawione były rzeźby Artysty. Wśród wzgórz, których największym bogactwem jest biały jak śnieg, karraryjski marmur. Materiał wybrany, w którym obok brązu materializowały się wizje Mitoraja.  Pietrasanta. Pietra santa.  Święty kamień.

Pamiętam dumę i radość jaką odczuwałam, widząc prace Mitoraja w paryskiej La Défense.  Wspaniałe brązowe drzwi Mitoraja prowadzą do rzymskiego kościoła Santa Maria degli Angeli e dei Martiri. Tego samego, który powstał na antycznych ruinach term. Tego samego, który został przebudowany przez Michała Anioła.  W Warszawie artysta zrealizował drzwi do kościoła jezuitów na Starym Mieście. Jest rzeźba w Krakowie, co prawda trochę niefortunnie ustawiona, ale piękna. Wspaniała rzeźba znajduje się także w Palermo, przy lotnisku. Za nią rozpościera się błękit morza tyrreńskiego.  Rzeźby artysty pokazywano w Lozannie i w Syrakuzach, bezpośrednio konfrontując je z antyczną przeszłością.

Dzisiejsza wiadomość jest bardzo smutna.
Odeszła Wielka Postać. Pozostały wspaniałe dzieła.


Justyna Napiórkowska
 www.osztuce.blogspot.com


16.09.2014

El Greco w Warszawie


Na Zamku Królewskim w Warszawie pokazywany jest obraz El Greca. Jedyny w polskiej kolekcji.* Odkryty przypadkiem, w 1964 roku. Przez jakiś czas pokutował na plebanii kościoła w Kosowie Lackim jako dzieło artysty nieznanego. Przykryte warstwą kurzu. Z pożółkłymi werniksami. Z rozdartym fragmentem płótna. Kolejno odsłaniane warstwy kruszyły opinie tych, którzy twierdzili, że to nie może być prawdziwy El Greco. Aż pod późną, niewłaściwą sygnaturą Antona van Dycka odkryto fragment greckiego podpisu mistrza z Krety.

Wczoraj stanęłam naprzeciw tego arcydzieła. Na Zamku Królewskim w Warszawie, świetnie doświetlony obraz w pięknej, prostej oprawie  będzie pokazywany do 31 października.*

Przedstawia świętego Franciszka. Powiedzieć tylko tyle, to  jednak tak jakby stwierdzić, że Guernica jest widokiem z pola walki, gdzie kurze już opadły. A ona jest przecież hukiem bomb, strachem, rozpaczą. Bezpośrednim świadectwem z wojennego frontu.  

Święty Franciszek zwykle jest zamknięty w kadrze historii, na tyle dalekiej, że staje się jakimś rozanielonym wrażliwcem spoglądającym w górę, pod łagodną chmurką. Zintegrowany z niebem. Jedną nogą w raju. 

Inaczej u El Greca. Niebo i ziemia są tu oddzielone.  
W pierwszym planie Franciszek. Poszarpane chmury w tle są jak jakaś potworna czaszka; wizja raczej z koszmaru, a nie wypisywanej złotą czcionką hagiografii. To dramatyczne tło bardziej biednego Franciszka wchłania, niż otula. Wciąga w niepokojące wiry nieba.  

Franciszek ma łzy w oczach. Trzeba stanąć przez obrazem, żeby je dobrze zobaczyć. Dłonie o tych tak cudownie szczupłych palcach rozłożone. W geście pokory? A może zdziwienia? Albo negocjacji z niebem?  
Sączą się z nich krople krwi. 

Krew i łzy. Taki jest ten święty Franciszek wg El Greca. Zanurzony w swoim dramacie. Prawdziwy. Skupiony, poważny. 
Skierowany na swoją osobistą historię, a nie na widza, stojącego przed obrazem. Widza mogłoby nie być. 

Na jego dłoniach pojawiły się stygmaty, a on wyjaśnienia szuka gdzieś w niebie. 

Dzieło przekonywujące, wielkiej wiary i ogromnego talentu. 

Taki obraz mógł być owocem kontrreformacyjnej gorączki. Był dziełem artysty, który przeszedł tak długą drogę, od swej rodzimej Kandii,  od malowniczego Fodele na Krecie, gdzie był malarzem ikon, wpisanym w tradycję i rygor tego fachu. Bez odstępstw. El Greco, Domenikos Theotokopoulos. Artysta, który przejechał pół Europy,  objawiając swoją osobowość i  odrębną, malarską wizję. Wyzwalając się z bizantyjskich tradycji malarskich w drodze z Krety do Wenecji, Rzymu, a potem do Toledo.

Wielki mistrz malarstwa światowego.  
         
PS

Tego lata byłam na Krecie. Od początku jednym z celów podróży był El Greco. Jego sztuka, ale jeszcze bardziej- jego historia. Chciałam zobaczyć jego dom. Miejsce, gdzie się urodził. Co go kształtowało. 

Oto notatki z tego wyjazdu: 

Fodele ułożone jest jak wśród draperii wzgórz. Miękko, aksamitnie układają się dookoła, odgradzając je od linii wybrzeża.
Wikipedia poświęca miasteczku zaledwie kilka zdań. Więcej powiedział pan J., właściciel hotelu, w którym się zatrzymałam.  To właśnie tu urodził się Domenikos Theotokopoulos. W tym odgrodzonym od morza zakątku, gdzie wieczór jest tak niesamowity. 

Do Fodele wiedzie serpentyna dróg wykutych na skalnych półkach. Jadę nie myśląc o czasie, ale przecież rozsądek mówi, że wieczorem mogą spotkać mnie zamknięte drzwi. Jak w Iraklionie. Rok El Greca Rokiem El Greca, ale w niedzielę muzeum nieczynne. Byłam uzbrojona w kontynentalne nawyki, pół Francji przecież debatuje właśnie czy najważniejsze muzea nie powinny być otwarte przez siedem, a nie jak dotąd sześć dni w tygodniu.  Muzeum w Heraklionie było zamknięte.

W Fodele pół miasta skierowane jest na El Greca, drugie pół- zapomniało o przeszłości i żyje własnym życiem, jak setki wiosek. Im bliżej jestem domu El Greca, tym robi się puściej. Prowadzi tam drożynka, zawieszona jak nitka pajęczyny wśród oliwnych gajów i rozrzuconych domostw. Nad tarasami, wśród gęstwin winorośli zwisają kiści winogron.  

Do domu El Greca docieram chwilę po 19. Urządzono tam muzeum. Potężne klucze, którymi dzwoni kasjer, strażnik i kustosz w jednej osobie wskazują, że cennych artefaktów tam raczej nie zobaczę. Wiadomo, nie ma na miejscu obrazów. Na Krecie zwykle można zobaczyć bodaj tylko jeden jego obraz. Może gdzieś jeszcze w kościołach są anonimowe ikony, które tworzył w młodości. 

Mimo wszystko bardzo chciałam tu być.  Poczuć chłód małego, kamiennego domu, w którym być może wychowywał się czterysta pięćdziesiąt lat temu artysta. Popatrzeć przez okno na wzgórza.  

Zagaduję do strażnika. Po chwili – jesteśmy na ty. Dimitris zapala wszystkie światła. W ostatniej, maleńkiej izbie domu El Greca stoi sztaluga. Na stole- rozsypane są pigmenty. Wśród nich, w ciemności majaczy przepiękny kolor  lapis lazuri. 

El Greco miał zostać wielkim kolorystą, gdy opóźnił Kandię, wyjechał do Wenecji a stamtąd przez Rzym do Toledo. 

Fodele zostało krainą dzieciństwa, świadkiem młodości. 
Zastygłą w sennym bezruchu arkadią. Piękną i niezmienioną.

Postscriptum.
Na marginesie, bardzo ciekawa była historia odkrycia i rozpoznania tego obrazu. Z udziałem Juliusza A. Chrościckiego, który jako młody chłopiec widział podejrzanie dobry obraz na plebanii w Kosowie, a potem Izabeli Galickiej i Hanny Sygietyńskiej, które po inwentaryzacji przeprowadzonej w Kosowie opublikowały artykuł o nieznanym obrazie w Biuletynie Historii Sztuki w 1966 roku, przypisując go El Greco. Wywołało to debatę, w której sławy takie jak prof. Białostocki opowiadały się przeciw nowej atrybucji. 
Nie wiadomo, skąd obraz wziął się na ziemiach polskich, dlaczego podpisany był nazwiskiem flamandzkiego malarza, Antona van Dycka. Wiemy natomiast, że w 1927 roku został zakupiony w domu aukcyjnym przy ulicy Brackiej w Warszawie, a na stałe można go podziwiać w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. 

* Potem obraz wróci do Muzeum Diecezjalnego w Siedlcach, gdzie podziwiać go można w nowej, ciekawej oprawie. W siedleckim Muzeum Diecezjalnym pokazywana będzie także wystawa poświęcona artystom czasów El Greco. 

24.05.2014

Pejzaż z widokiem na wieczność. Profesor Tadeusz Dominik.

20 maja 2014 roku w wieku 86 lat zmarł wybitny malarz, profesor Tadeusz Dominik. 

Był wieloletnim profesorem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, kolorystą. Wystawiał na Biennale w Wenecji. W Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W Albertinie w Wiedniu. Zdecydowanie, światowa ranga. 

Był prawdziwym malarzem. Artystą, który "patrzył obrazem". 

Tadeusz Dominik, Ogród, Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej


W dojrzałej Jego twórczości głównym i właściwie jedynym motywem była przyroda. Czerpał z natury inspirację, poszukując swojej własnej jej interpretacji. Syntetycznej. Nasyconej świetlną energią. Pełnej barw. 

Jego obrazów nie można analizować. Trzeba im się poddać, poddać mocy kolorów, kompozycji, faktur. Zanurzyć w kolorystyczny kosmos.

O śmierci profesora dowiedziałam się wczoraj wieczorem, na warszawskim lotnisku Chopina. Po chwili, gdy samolot się wzniósł zostałam z tą smutną myślą, patrząc z góry na pola i łąki, z okna samolotu nabierające wytrawnej, abstrakcyjnej formy. Jak w malarstwie Dominika, gdzie odrzucane było zbędne i zostawało tylko to, co nieodzowne. 

Sztuka to umiejętność rezygnacji, po to by w pełni określić siebie. 

Wspomniałam usłyszaną od profesora niedawno wspaniałą opowieść o śnie artysty sprzed lat. Tadeusz Dominik, wtedy jeszcze jako student malarstwa śnił, że był jednym z pomocników w pracowni Rembrandta. Śmiały sen. Towarzyszyła wtedy temu zabawna anegdota. 

Ale wniosek był także inny- do jakiego stopnia malarstwo było całym życiem Tadeusza Dominika. Dowiódł tego także w ostatnim okresie twórczości, gdy mimo odchodzących sił- pragnął malować. I malował.

O Dominiku pisał w 1960 roku Herbert, cytując znajomego. "Po prostu dobry, autentyczny malarz." 

Było zaszczytem móc spotykać Mistrza i pokazywać Jego prace.

Wspomnienie spotkania w pracowni Malarza. 
Profesor Tadeusz Dominik i Justyna Napiórkowska.


Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

17.05.2014

Janusz Stanny


Tę notatkę można byłoby zacząć po prostu od informacji, że w noc muzeów pokazujemy  prace profesora Janusza Stannego. Mogłabym napisać, że zaprezentujemy prace mistrza ilustracji książkowej. Twórcy, który wykorzystał wszystkie atuty podległej literaturze ilustracji książkowej, a jednocześnie nie wpadł w jej pułapki. Artysty, który swoimi pracami wychował pokolenie czytelników.

Albo krócej- pokażemy Mistrza. Tak jest.
Ale napiszę bardziej osobiście, bo okoliczności tej wystawy były bardzo szczególne.

Nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie prace Janusza Stannego mają tę niebywałą moc, która przekracza ramy czasu. To dzieła mistrza wyobraźni. Skłonnego do  groteski. Opowiadającego literaturę na swój własny sposób. Czasem z przymrużeniem oka. A czasem mrugając okiem do czytelnika.

Jego prace z ponad sześćdziesięcioletniej kariery nie nabierają dla mnie wieku. Są ciągle młode. Przeszyte literacką wyobraźnią Mistrza. Gogolowskim dystansem. Przewrotnością. Żartem.

Pomysł tej wystawy był od dawna zawieszony w powietrzu, oczekiwany, lecz nie konkretny. Odkładany na właściwy moment, żeby dobrze się przygotować, żeby stworzyć spójną wizję. Niektóre sprawy mają taki nieokreślony bieg, mimo wielkiej woli by doszły do skutku. Kiedy 13 lutego tego roku dowiedziałam się o śmierci Artysty, pozostało pomyśleć- spóźniliśmy się. Bo tak po prostu było.

Ale kiedy chwilę potem zdarzyło się kilka okoliczności tak sprawnie rozłożonych w czasie, że nie pozwalały wierzyć, że są przypadkowe, pomyślałam, że niektóre spóźnienia nabierają czasem przewrotnie sensu. Uczą nas czasem dystansu, czasem pokory, a czasem otwartości.

Cieszę się bardzo, że ta wystawa dochodzi do skutku, tak spontaniczna i dość niespodziewana. Zapraszam serdecznie na spotkanie z twórczością profesora Janusza Stannego!


Janusz Stanny
in memoriam

Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej
Świętokrzyska 32 Warszawa


17 maja 2014
godz. 19:00 – 24:00
wernisaż o 20.30
wystawa potrwa do 2 czerwca 2014

PS W Noc Muzeów [url=http://napiorkowska.pl]pokazujemy także[/url] w Warszawie Edwarda Dwurnika i w Poznaniu Bohdana Butenkę.


Justyna Napiórkowska www.osztuce.blogspot.com

26.04.2014

Sztuka polska na OFF Contemporary Art Fair


Od wczoraj w Brukseli trwają targi sztuki OFF Contemporary Art Fair.

Targi to szczególne wydarzenie. Na wczorajszym wernisażu były tłumy. Kolekcjonerzy, marszandzi, artyści. Publiczność, dla której takie wydarzenia jak to, są prawdziwym świętem sztuki. Okazją do zobaczenia w jednym miejscu i w jednym czasie setek projektów, dzieł, artystów. Przegląd, konfrontacja. Czas odkryć. Czas poszerzania horyzontów.

Przy tej okazji postanowiliśmy pokazać kilku polskich artystów.

Współcześnie w sumie nie ma potrzeby o mówieniu o sztuce polskiej, włoskiej czy francuskiej. Oczywiście, że istnieją pewne "narodowe" wyróżniki, ale sztuka staje się szczególnie uniwersalna.

My* jednak zdecydowaliśmy się odrobinę na przekór na prezentację pod wspólnym hasłem "polska sztuka". Polska sztuka od wielu dekad doświadcza ( coraz mniejszego) deficytu obecności w świecie.

Pojawiają się nowe awangardy. Artyści młodego pokolenia często nie znają granic. Nowa generacja nie musi już podpisywać się swoją narodowością. Świat należy do nich. Tak się dzieje w przypadku młodych artystów urodzonych w latach 80., 90.

Postanowiliśmy pokazać m.in. artystów, którzy w swojej pracy bywali mocno zdeterminowani "geografią" i "czasem". Artystów, na których biografiach historia zostawiła mocny ślad. Artystów, którzy w świecie odnieśli na przestrzeni lat ogromny sukces. Pokazujemy prace Magdaleny Abakanowicz, Edwarda Dwurnika, Eugeniusza Markowskiego, Józefa Szajny, Leszka Rózgi, Romana Opałki. Pokolenie herosów sztuki polskiej. W tym także niejednokrotnie ludzi o niebywałych biografiach. Ludzi, których życie i sztuka prawdziwie się przenikają. W których życie jest odpowiedzią na sztukę i vice versa. To artyści, którzy pokazywali swoje prace na Biennale w Wenecji, na Documenta w Kassel, na Biennale w Sao Paolo. Świat sztuki ich pamięta.

Są pokoleniem świadków i komentatorów. Ich sztuka mówi także sporo o czasach, w których przyszło im tworzyć.
Lekcja sztuki, lekcja historii.





OFF Contemporary Art Fair 2014
25-28 kwietnia 2014, Bruksela
www.galeriemontdesarts.com


Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury. 

17.04.2014

Przerwany sen w Ogrójcu


22 kwietnia 1468 roku krakowski malarz Mikołaj Haberschrack zobowiązał się kontraktem do namalowania w ciągu zaledwie kilku miesięcy poliptyku do kościoła augustianów w podkrakowskim Kazimierzu.

Współcześnie w krakowskim Muzeum Narodowym, w Pałacu Erazma Ciołka zachowanych jest 13 (i pół*) kwater z tego dawnego ołtarza głównego z augustiańskiego kościoła.

To jeden z pierwszych znanych małopolskich poliptyków. Nie dość że pierwszy, to wyjątkowo piękny.

Jedna z najpiękniejszych scen poliptyku augustiańskiego jest nokturnem.

Pod gwieździstym niebem modlącemu się Chrystusowi towarzyszą uczniowie- Piotr, Jakub i Jan. Niecierpliwi. Niewytrwali.
Dla uczniów to scena snu. W czynach ich zapał zgasł tego wieczoru szybciej. Po prostu "duch ochoczy, ale ciało słabe", jak pisze ewangelista Marek. Bohaterowie są zmęczeni. Jacy oni ludzcy. Śpią na siedząco, na kamieniach. Duch bardzo ochoczy musiał być. Ciało bardzo słabe.

Dla Jezusa to czas medytacji. Czas rozmowy w Bogiem. Pytania czy da radę. A nawet prośby o oddalenie "tego kielicha", o czym pisze ewangelista.

Tymczasem "ten kielich" chyba nieprzypadkowo ustawiony jest u Haberschracka w centrum kompozycji, na skale pomiędzy modlącym się Jezusem, a tłumem zagęszczonym w górze sceny. W ciemne niebo wyrasta las ostrych lanc.


Za wiklinowymi przepierzeniami, u góry już czai się następny rozdział tej historii. Jest tłumnie i nerwowo. Jak przed filmowym klapsem, statyści czekają. Zaraz wszystko będzie działo się bardzo szybko.

Judasz już wskazuje palcem. Rzymscy żołnierze zwierają szeregi, żeby pojmać wskazanego. Może będzie uciekał, może będzie walczył? Niewiele wiedzą. Niewiele rozumieją. Robią swoje.

Najpierw ten pocałunek.
Potem poruszenie i harmider.

Zaraz zatopionych w cichym letargu uczniów obudzą nagłe okrzyki. Judasz pewnie będzie uciekał ze wzrokiem. Zerwany ze snu Piotr uderzy ściskanym w dłoni mieczem w głowę Malchosa, ucinając mu ucho.

Tylko Jezus zachowa się tak, jakby nadal się modlił. Pokornie i bez protestu.

Piękna scena cichej nocy, którą przerwie nagłe wydarzenie. Jak przed 33 laty, kiedy ta historia Jezusa zaczynała się w betlejemskiej szopce pod równie jasnymi gwiazdami.

Piękna scena przerwanego snu w Ogrójcu. Tak dużo w niej o człowieku.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

08.04.2014

Ponowne narodziny Wenus


8 kwietnia 1820 na wyspie Melos na Cykladach pracujący w polu niedaleko współczesnej wioski Tripiti rolnik znalazł fragmenty rzeźby z jasnego, paryjskiego marmuru.

Rzeźba przedstawiała półnagą kobietę. Twarz zwrócona w bok, sylwetka w kontrapoście, noga lekko zgięta. Szata opadająca z bioder oddawała dokładnie linię kobiecego ciała. Pierwotnie w dłoni najpewniej jabłko.

Afrodyta z kamienia sprzed ponad 2000 lat.

Kupił ją przedstawiciel francuskiego ambasadora. Zanim Afrodyta trafiła do Francji i zaczęto nazywać ją Wenus, statek, na którym płynęła roztrzaskał się na skałach.

Raz już wyjęto ją z ziemi, potem jeszcze wyłowiono ją z lazurowych wód morza Egejskiego.

Ponowne narodziny Wenus.

Wyglądała wtedy jak teraz, w Luwrze. Zachwycające, kruche piękno. Bez rąk, niedoskonała, ale i tak uznawana jest za najwspanialszą rzeźbę wszech czasów.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury.

Rafael Santi


6 kwietnia 1520 roku przypadał Wielki Piątek. Tego dnia w swoim domu, po dniu spędzonym w malignie zmarł młody, uwielbiany malarz Rafael Santi.

Rafaello urodził się także w Wielki Piątek, być może także 6 kwietnia, zaledwie 37 lat wcześniej. Jak pisał Vasari, przyszedł na świat o 3 w nocy, w domu malarza Giovanniego i córki kupca, Marii. W przepięknym, zawieszonym na skale wśród gór włoskim Urbino.

W 1520 roku, po śmierci malarza w pracowni Rafaela został podobno obraz, który można uznać za jeden z najpiękniejszych kobiecych portretów w historii malarstwa. La Fornarina - portret Marguerity Luti.

Marguerita była córką piekarza, rzymskiego fornaio z ubogiej dzielnicy Trastevere. Musiała być wyjątkowa. Zachwyciła księcia malarzy, dystyngowanego i bardzo cenionego Rafaela. Artystę z dworów możnych, malarza ze stanz papieskich. Ciemnooka Marguerita, dziewczyna z ludu.

Taki portret musiał wymagać dużo odwagi. Fornarina jest naga. Jej piersi nie zasłania muślinowa woalka. Jej policzki są różowe. Oczy błyszczące. Dłonie zmysłowo ułożone. Nie ma wątpliwości, jakie uczucia ich łączą. Malarz w tle umieścił krzew mirtu, rośliny poświęconej bogini miłości, Wenus. Ten portret to hymn dla miłości.

Fornarina jest piękna i młoda. Prawdopodobnie bardzo zakochana w zdolnym i uwielbianym malarzu. Może nieśmiała, a może prowokująca. I trawiona chorobą. Na jej piersi rozpoznać podobno można znaki guza.

To dyskretny, cichy znak, który lekko narusza tę intymną atmosferę na obrazie. Drobiazg, który burzy grę zmysłów między malarzem i jego modelką.

Znak przemijania, cień rzucony na piękno.

To jednak okazało się wieczne. Dziś można spojrzeć w twarz Fornariny w Palazzo Barberini w Rzymie. W jasnej sali. Bez tłumów. W muzealnej ciszy.

Justyna Napiorkowska, historyk sztuki i europeista, prowadzi Galerię Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie, Poznaniu i Brukseli, autorka "O sztuce", Bloga Roku 2010 w dziedzinie Kultury

Translate

Na marginesie

tematy, o których nie zdążę na razie napisać więcej, bo doba jest niemiłosierna, ciągle konsekwentnie mija...

-wystawa Fangora widziana niedawno w Krakowie- bo optycznie zawróciła mi w głowie, poza tym uwielbiam Fangora poczet królów polskich i krzesła jak u Van Gogha;

-Zawsze Młoda ( ...Polska) też w Krakowie przy Placu Szczepańskim, bo ekspozycja świeża i fajnie poprowadzona, ale podłogi wciąż po staremu skrzypią w kamienicy Szołayskich, a wśród obrazów snują się studenci malarstwa z rysownikami;

-Constantin Permecke w Brukseli- bo dobrze zobaczyć malarza który maluje jakby rzeźbił;

-Fernando Botero w Bilbao, przez osobistą sympatię do artysty-
odkąd poznałam go kilka lat temu najpierw w Pietrasanta, potem w Paryżu;

-Nowy Jork- w światłach i w ciemnościach...;
-Lucca pod wodą...bo bardzo tam pada i zaczynam się martwić;

- Korczak dla dorosłych, bo dziś zauważyłam, że dorośli niewiele o nim zapamiętali- dzieciom należy się ich bajka!;

-temat z kresów, od PM, którego przepraszam za to opóźnienie...ale nie zapomniałam!

1224 słowa
1224 słowa skopiowano przez ostatnich 24 godzin z mojej strony. Proszę o uszanowanie praw autorskich. W przypadku chęci wykorzystania tekstu mojego autorstwa, proszę o kontakt emailowy.
Justyna Napiórkowska
justyna (at) napiorkowska.pl

POCHWAŁA DYSKRETNYCH UCZYNKÓW

Chcę napisać o M., mojej siostrze. A raczej o pewnym dyskretnym dobrym uczynku.


Piątek. W tle zbliżające się święta. W głośnikach kolędy. W sklepach tłumy. Przy kasach kolejki. Tak jak wczoraj w Ikei. Sklep przed świętami to terytorium walk. Niby po prostu święta, a trochę jak apokalipsa.

Trudno zobaczyć w tym tłumie drugiego człowieka. Na przykład kobietę w ciąży. Albo starszą. Albo zdenerwowaną.
Trudno zauważyć, trudno skojarzyć, trudno zdążyć choćby z najmniejszym dobrym uczynkiem.

Moja siostra, M. zauważyła. I zdążyła mieć pomysł ( w sowjej prostocie naprawdę niezwykły) , obejść narzucaną zewsząd obojętność i zrobić małą rzecz. Mały,dyskretny dobry uczynek.
Zauważyła syna z matką, zdecydowanie starszą. W rozmowie okazało się, że Pani X. była więźniem obozu koncentracyjnego w 1943 r. Mąż w Majdanku. Legitymacja Pokrzywdzonych przez III Rzeszę. Dużo historii na jej zgarbionych wiekiem plecach. Nie przyszli do Ikei na zakupy. Przyszli się ogrzać i zjeść kolację -4 kromki chleba i herbata dzielona na pół. Na to ich było stać. Brzmi jak opowieść z Hansa Christiana Andersena. I wtedy nastąpił właśnie ten mały, dyskretny, dobry uczynek M.

Moja siostra też nie wyszła z zakupami. Ale z zapamiętanym, wzruszonym spojrzeniem zmęczonych oczu Pani X.

Pisze wbrew M., o tym pisać mi zabroniła. Łamię zakaz, tu nie chodzi o to kto, tylko co. Potraktujcie to proszę jako pomysł na dni gorączkowego poszukiwania prezentów świątecznych. Prosty i niewyczerpujący. Ja też spróbuję.

PS Zamiast M. mogłabym tu pewnie wpisać inicjały innych osób. Tak na gorąco przychodzą mi do głowy A.K., J.K., J.O. , T. G. I pewnie wielu innych, dyskretnych w dobrych uczynkach. Wypełnijmy nimi świat!

Inne historie

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Inne historie

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...